niedziela, 16 lipca 2017

Spójrzmy w górę i zobaczmy Boży ogrom i blask Jego Chwały. Spójrzmy teraz na nas – na słabych i kruchych grzeszników. Spójrzmy ile razy zdradziliśmy Pana Jezusa. Tak jak Judasz! Ile razy Go zawiedliśmy, ile razy odwróciliśmy się na pięcie i odeszliśmy. A On? W ogromie Swojego miłosierdzia i dobroci jest w stanie przyjąć nas do Siebie z powrotem, nie pamiętając już co złego zrobiliśmy i przebaczając (oczywiście jeżeli chcemy zmienić swoje życie i do Niego powrócić). Mało tego – jak każdy z was dobrze wie – On umarł za nas po to, żeby oswobodzić nas ze śmierci i dać nowe życie. Zupełnie nowe. Wiecie, ciągle nie możemy wyjść z podziwu, że tak jesteśmy przez Boga kochani, że On sam z własnej woli wydał się na mękę i poniósł za każdego z nas śmierć. Dał też coś ogromnego – po prostu Siebie, Swoje najświętsze Ciało i Krew po to, żebyśmy mieli w sobie życie i wierząc w Niego i idąc Jego drogami i za Jego głosem zostali zbawieni.

Jak przedziwne jest to, kiedy próbujemy ogarnąć to wszystko rozumem a nie możemy. Kiedy dociera do nas, że to wszystko jest dla nas łaską, że żadnym uczynkiem na to wszystko nie zapracowaliśmy to naprawdę nie możemy wyjść z podziwu i zdumienia. Jak On musi nas kochać! I choć na Mszy wypowiadamy słowa: „Panie, nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie, ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja” to Chrystus sam nas do Siebie zaprasza. Owszem – nie jesteśmy godni, żeby On przyszedł do nas. Dobrze każdy wie dlaczego a jak nie wie to odpowiemy – dlatego, że zgrzeszyliśmy i nicością wobec naszego Zbawiciela jesteśmy. Jednak On w morzu Swojego miłosierdzia mimo to nas do siebie zaprasza… To trochę tak jak w małżeństwie, że jedna strona drugą porani do tego stopnia, że rozumowo ta druga nie chce już znać tej osoby, a jednak… ta osoba przebacza, przyjmuje do siebie tą drugą z powrotem… i nadal ją kocha miłością ofiarną. Ofiarną! Wiem, że wobec mnie zawiniłeś. Wiem, że mnie skrzywdziłeś. Wiem, że odszedłeś. Ale ja Ciebie z powrotem do siebie przyjmuję i nadal chcę Tobie dawać wszystko z siebie.
Za każdym razem, kiedy idziemy do Komunii to również z podziwu nie możemy wyjść, jak to jest możliwe, że taki ogrom świętości ukryty jest w takim małym opłatku i tyle życia człowiekowi daje i wiecie – boli nas często fakt, że tyle ludzi nie chce z tej łaski korzystać i świadome ją odrzuca a wręcz wyszydza, bądź idzie do Komunii tylko dlatego, że inni też idą. Mamy w zasadzie pewność, że choćby wydawało się, że dusza już jest nie do odratowania, to ta jedna niepozorna Hostia może wewnątrz zdziałać cuda na taką miarę, że człowiek rozumem nigdy tego nie ogarnie. 
Ja w zasadzie odkąd tylko pamiętam, to idąc do Komunii zawsze jakoś w sercu to przeżywałem, że za chwilę nastąpi coś ogromnego i dającego życie. Z biegiem czasu widzę jednak, że moje podejście do tej kwestii kiedyś a dziś to krótko mówiąc – niebo a ziemia. Jednak wiem też, że za kilka lat to samo powiem o swoim obecnym podejściu do przyjmowania Chrystusa. Czasem też zdarzają się takie dni, że totalnie do mnie nie dociera ogrom i powaga tego, z Kim mam do czynienia idąc pod Ołtarz. W tej chwili wiem, że i takie doświadczenia są człowiekowi potrzebne do tego, aby ciągle wzrastać w praktykowaniu wiary. Wiem również czego Bóg chce mnie nauczyć dając takie doświadczenia, a mianowicie – kiedy nie czuje się kompletnie nic i pozostaje jedynie w pełni rozumowa wiarą, to mam wtedy do wyboru – uznać, że skoro nic nie czuję to rezygnuję z tego wszystkiego, bądź też aktem woli i wiarą z tym związaną nadal wierzyć Kogo przyjmuję. Właściwie to kiedy człowiek uczy się kochać we właściwy dla niego sposób, to prędzej czy później będzie musiał takiego stanu doświadczyć. Spójrzmy teraz na Chrystusa w momencie Jego śmierci – On nie przykładał wagi na to, co Go będzie czekać, a dobrze wiedział co. Jednak poddał się temu z miłości do nas wszystkich. Zatem niekiedy i my wiedząc w jakim stanie duchowym jesteśmy drogi bracie i siostro, musimy podjąć decyzję, która swoją mocą wypływającą z dojrzałej miłości będzie dawać nam nowe życie. Tego życzę każdemu z was, abyście uczyli się razem z Chrystusem kochać tak jak On. 

Jezus odchodząc w sposób fizyczny  stąd – z ziemi zamieszkałej przez dzieci Boże zostawił nam Siebie w Komunii Świętej po to byśmy mogli wzrastać w wierze i w miłości. Dał Siebie, bo kocha Ciebie. Czyż to nie jest piękne? Przyjmując Go czuję niezmierny pokój, dobro i miłość. Niesamowite to jest. Nie da się tego opisać słowami. Poprzez Komunię Świętą nauczyłam się kochać. Poprzez miłość do Niego uczę się akceptować innych bezwarunkowo. On sam daje nam Chleb Życia na drodze do wieczności. Dlatego też przyjmujmy Go jak najczęściej. Korzystajmy z tego niesamowitego daru. Za to wszystko chwała Panu!

Tym samym kończymy dzisiejszy wpis i pragniemy poinformować, że najbliższy pojawi się dopiero za 2 tygodnie. Szczegóły tegoż milczenia zdradzimy wam po powrocie ;) Pozdrawiamy w Chrystusie Panu! 

sobota, 1 lipca 2017

Przygotowania do Bożego działania...

Idźcie i głoście! No to poszliśmy. Póki co poszliśmy się przygotować, ale zawsze to już pierwszy krok ;). Dzisiejszy wpis chcielibyśmy poświęcić pewnemu wydarzeniu, które w ostatnim czasie było nam dane przeżyć. Mowa tutaj o rekolekcjach dla animatorów połączonych z całonocnym czuwaniem czytelników „Miłujcie Się!” na Jasnej Górze. Mimo, że zły próbował zrobić wszystko, żeby do tego nie dopuścić, to jednak wola Pana Jezusa była silniejsza łącznie z naszymi chęciami i oto jeste… byliśmy :D

Na początkach naszego bloga napisaliśmy, że naszym wspólnym pragnieniem jest głoszenie Słowa Bożego i miłosierdzia Bożego. Mimo, iż przez pewien czas nie zanosiło się na to, to jednak poczyniliśmy kroki w tym kierunku. Przez ostatni czas nasze pragnienia idą w tym kierunku i coraz wyraźniej odczuwamy, że taka jest wola Boża względem nas. Czas rekolekcji i czuwania był dla nas czasem niesamowitej radości, jedności, poczucia tego, że jesteśmy na właściwej drodze i przede wszystkim – czas naładowania duchowych baterii. Dziś oboje wiemy, że słowa „Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą” oraz wszelkie inne błogosławione kwestie… są najprawdziwszą prawdą. Jak to powiedział mądry ktoś – „Czas poświęcony na modlitwę nie jest czasem zmarnowanym!” i wiecie co? Miał absolutną rację. Był to dla nas również czas zawarcia nowych znajomości, wspólnego wymieniania się doświadczeniami i innymi luźnymi rzeczami, oraz czas na nasze wspólne świadectwo.

Oboje wierzymy, że wszystko, co mamy w naszym życiu jest łaską z dopustu Bożego. Każdy mógłby powiedzieć „Oj tam, poszliście bo mieliście taką możliwość i tyle”. Owszem, jednak mamy w sobie silne przekonanie, że pojawiliśmy się tam dlatego, że Pan dał nam łaskę tego, żeby się tam pojawić. Wiecie, kiedy człowiek zaczyna wchodzić w coraz bardziej zaawansowane stopnie wiary, to zaczyna dostrzegać coś, czego wcześniej patrząc wzrokiem typowo człowieczym nie dostrzegał. Kiedy poznaje się na takich wydarzeniach obiektywną prawdę, doświadcza się radości z przebywania wśród Chrystusa oraz Jego dzieci, to człowiek nie może i nawet nie chce już inaczej patrzeć na rzeczywistość. Tak też stało się u nas. Czuliśmy się tam po prostu jak w najlepiej związanej ze sobą rodzinie i kiedy nadchodził już czas zakończenia czuwania to naprawdę chciało się, żeby to trwało i trwało. Pocieszaliśmy się jednak tym, że to jest dopiero początek takich doświadczeń : ) W końcu po to rozpoczęliśmy w takim miejscu, żeby w dalszym ciągu doświadczać Bożej opieki i Jego obecności zarówno wśród ludzi, których On nam pośle jak i przed Jego Najświętszym Obliczem w postaci Najświętszego Sakramentu, Mszy Świętej czy też w żywym Słowie Bożym.

Dzisiejszy świat oferuje nam dużo. Sława, pieniądze, władza, wszelkie dobra materialne itp. itd. Jako iż jesteśmy tylko słabymi i kruchymi grzesznikami, to czasem dajemy się złapać w te sidła, jednak kiedy nasz wzrok znów pada na Niebo, to jesteśmy w stanie stwierdzić, że to, co oferuje nam świat jest niczym i ma się nijak do tego, co oferuje nam Chrystus. Prawdę mówiąc do dziś nie możemy się nadziwić, że aż do tego stopnia przyjęliśmy to, co od Boga pochodzi i że to ma dla nas pierwszorzędne znaczenie. Często też dochodzimy do wniosku, że chcemy na co dzień żyć w środowisku Bożych prawd i ani na krok od nich nie odstępować, bo skoro Pan pokazał nam, że w tym właśnie miejscu oboje będziemy szczęśliwi a On nam będzie błogosławił i mało tego – będziemy całkowicie wolni i oddani miłości, to naprawdę mimo tych iluzji, które od złego pochodzą aż chce się utwierdzać wzrok na tym, co z Nieba pochodzi. W końcu tam też zmierzamy.

Ja co prawda nie mam aż takiego doświadczenia w uczestnictwie w rekolekcjach ani w czuwaniach, jednak od samego początku bardzo pragnąłem się tam zjawić. No i się zjawiłem. Tak jak już wyżej napisaliśmy – czułem się tam od początku jak w rodzinie. W momencie, kiedy wszyscy razem zasiedliśmy przy jednym stole, aby zjeść razem kolację to miałem w sobie przekonanie, że wspólnie z moją Paulinką chcemy żyć w takim towarzystwie tak często, jak to tylko jest możliwe. Jako, iż wiemy, że Chrystus od nas chce posługi w Ruchu Czystych Serc w Koszalinie to tym bardziej z większym zaangażowaniem uczestniczyłem w tym wydarzeniu i po raz kolejny przekonałem się, że Jasna Góra jest niesamowitym miejscem. W 2013 roku przed maturą, kiedy pojechałem na pielgrzymkę maturzystów pojechałem tam z trochę neutralnym nastawieniem. Wyjechałem jednak stamtąd zupełnie odmieniony i tak też było w tym przypadku. Czułem, że zmienia się coś na lepsze, że jest jeszcze lepiej niż było i wierzcie mi lub nie – gdyby nie to, że byłem tam razem z Paulinką, to nie wiem czy tak łatwo opuściłbym to miejsce :D Wiele razy było tak, że myślałem o swoim życiu na różne sposoby. Praca w zawodzie, praca z pasją, praca tu, praca tam i inne obowiązki, jednak teraz wiem i widzę wyraźnie, że pełnia pokoju przychodzi dopiero wtedy, kiedy myślę o tym, żeby razem z moją narzeczoną służyć Chrystusowi w pełni. Dosłownie – w pełni. Możecie się zastanawiać, czy pełnia służby nie dotyczy przypadkiem tylko kapłanów i czy to aby nie jest moje powołanie. Zaręczam was – nie jest ;). Pan Jezus wiele razy pokazał mi, że moje miejsce jest przy Paulince, w małżeństwie i jednocześnie przy Chrystusie. Jak mówią słowa Ewangelii – „Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego” i wiecie – doskonale te słowa mogę odnieść właśnie do naszego życia, gdyż Chrystus pokierował i kieruje naszym życiem w taki sposób, żebyśmy zawsze czuli pełnię ziemskiego szczęścia. Absolutną pełnię ujrzymy dopiero w Niebie, jednak wiemy, że Miłość Chrystusa jest na tyle silna i wierna, że On chce tego, abyśmy byli szczęśliwi już tu i teraz. Mógłbym o tym mówić godzinami z pełną fascynacją i oddaniem, naprawdę. Czasem jak patrzę na swoje życie wstecz i teraz, to jestem w stanie zagwarantować wam wszystkim, którzy zarówno wierzący jak i niewierzący jesteście, że tylko wtedy, kiedy Pan Bóg jest w naszym życiu na pierwszym miejscu, wtedy wszystko jest na właściwym i tylko i wyłącznie wtedy człowiek funkcjonuje prawidłowo. My oboje tego chcemy, żeby On królował w naszym życiu i wiecie – nie zamienilibyśmy takiego życia na żadne pieniądze, na żadną władzę, na żadne stanowisko światowe. Jak mówią słowa piosenki – „Kochać tylko Ciebie! To już postanowione! Chcę żyć i kochać tylko Ciebie, aż wszystko zostanie spełnione.”. My chcemy przyjąć dokładnie takie samo spojrzenie na rzeczywistość i to w dwojaki sposób – Kochać Chrystusa i kochać siebie wzajemnie tak, jak On nas umiłował. Za wszystko to, co Chrystus dokonał w moim i naszym wspólnym życiu – Chwała Panu Najwyższemu!

Był to jeden z niezapomnianych weekendów. Weekend pełen Boga. Weekend wśród Bożych ludzi spędzony razem z moim narzeczonym. Weekend marzeń. Tyle zawdzięczam Bogu, że głowa mała.  Rok temu podczas czuwania na Jasnej Górze pytałam Boga co dalej. Miałam tyle wątpliwości. Byłam tam wraz z moją przyjaciółką. Czułam, że Bóg ma dla mnie przygotowane coś niesamowitego. Rok, który minął zmienił moje życie w bardzo dużym stopniu.  Uświadomiłam sobie ile mam, ile dostałam - całkowicie za darmo, z Miłości i łzy wzruszenia same napływały do oczu. Bóg jest niesamowity. Bóg jest wierny, słowny i niezawodny. Podczas ubiegłego weekendu dostaliśmy tzw. "kopa" do działania na chwałę Bożą. Fizycznie byliśmy zmęczeni, ale duchowo aż serce rosło. Aż żal było odjeżdżać... Wróciliśmy do swoich domów naładowani słowem Bożym i motywacją na dalsze dni. Teraz czekamy z utęsknieniem na rekolekcje w sierpniu. Jeszcze 5 tygodni... Był to weekend, który bardzo mnie umocnił. Weekend pełen radości i miłości. Chwała Panu za ten czas!

czwartek, 22 czerwca 2017

O podróży do Chrystusa...

Wiiitaaajcie… Trochę się opóźniliśmy – jak pociąg. Dlaczego jak pociąg? Dlatego, iż, ponieważ dzisiejszy wpis poświęcony będzie po części pociągom i podróży. Nie byle jakiej podróży, bo aż do samego… Chrystusa. Tak, dobrze czytacie. Chcielibyśmy podzielić się dziś z wami pewnym doświadczeniem, które dane nam było przeżyć w ostatnim czasie. Wybraliśmy się razem po raz drugi do Domu Miłosierdzia Bożego w Koszalinie, uprzednio przemierzając niemal całą Polskę. Jednak… od początku :D

Od jakiegoś czasu mieliśmy przeczucie, że Pan Bóg chce od nas tego, żebyśmy razem po raz kolejny pojechali właśnie tam. Pan potwierdził to pragnieniami oraz cytatami z Pisma Świętego. Dzień wyjazdu połączyliśmy z dniem, w którym zwykle spotykamy się w Krakowie i spędzali ze sobą kilka godzin i jako iż obecnie jesteśmy w trakcie odmawiana Nowenny Pompejańskiej, to również wyrwaliśmy 1,5 godziny na wspólną modlitwę. Najpierw siedząc w ciszy i spokoju na pętli Cmentarz Rakowicki, a następnie przemierzając ruchliwe ulice Krakowa. W tym właśnie momencie rozpoczęła się nasza „droga”. Droga, w którą wpletliśmy słowa modlitwy. Droga przez zmierzch do dworca kolejowego Kraków Główny :D.

Tak, jak Chrystus przemierzał swoje drogi, aby głosić Słowo tak i my przemierzyliśmy swoją drogę, aby do Niego dotrzeć, aby uklęknąć przed Najświętszym Sakramentem i wylać wszystko to, co nosimy w swoich sercach. Nie zabrakło tam również spotkania z naszymi znajomymi oraz rozmowy z kapłanem. Modlitwa wstawiennicza gratis. Można powiedzieć, że to taka swego rodzaju pielgrzymka. Po części też Ekstremalna Droga Krzyżowa od Różańca w trakcie przemierzania ulic miasta po całonocną jazdę pociągiem. Chociaż jechaliśmy tak naprawdę w nieznane, bo nie wiedzieliśmy co nas tam czeka, to mimo wszystko zaufaliśmy Chrystusowi i poszliśmy za Jego głosem.

W moim męskim przypadku nie jest to pierwsza wizyta w Koszalinie, ponieważ wcześniej również kilka razy zdarzało mi się za pomocą Bożego natchnienia odwiedzić to miejsce. Za każdym razem tak jak wyżej napisaliśmy – miałem przekonanie, że odbywam właśnie swego rodzaju pielgrzymkę, na której końcu czeka na mnie żywy Chrystus ze swoim Słowem, z pocieszeniem, z pouczeniem, pragnący chwycić za rękę i poprowadzić dalej. Ja jako iż mam pozytywnego świra na punkcie kolei, jeżdżenia i zwiedzania, to dla mnie jest to najlepsze połączenie rzeczy, jakie sobie można w moim przypadku wyobrazić :D. Jak sobie nieraz myślę o pewnych słowach, które brzmią „Uwielbiam Ciebie, prowadź mnie, dokąd chcesz” to mam wrażenie, że tak się właśnie stało. Oddając nasze życie pod władanie Chrystusa, dałem Mu również możliwość tego, żeby prowadził nas tam, gdzie On sam zechce… i prowadzi cały czas ; ). W zasadzie to mógłbym to przyrównać do sytuacji, kiedy wsiadamy w pociąg i jedziemy do kogoś, kto na nas czeka, kto nas kocha, z kim wiemy, że będziemy się dobrze i swobodnie czuć przez cały czas. Wysiadamy z pociągu… i oto jest. Ta właśnie osoba przed naszymi oczyma. Nie wiem dlaczego, ale zawsze tak jest, że zanim tam pojadę, to odczuwam jakieś dziwne zniechęcanie, jakby ktoś mnie próbował przekonać, że nie warto tam jechać, lepiej spać i wypocząć i nie wydawać pieniędzy na bilety, jednak kiedy nie przyjmuję tego do siebie i zrobię tak, jak podpowiada mi wyższe dobro w postaci Słowa Bożego czy też pragnienia, to koniec końców naprawdę nie chce się stamtąd wyjeżdżać, zwłaszcza wtedy, kiedy jesteśmy tam razem z Paulinką. Tymczasem oddaję głos właśnie jej ; ).


Koszalin – miasto, gdzie zaprosił mnie Bóg latem zeszłego roku.  Miasto, które odkryłam dzięki jednej z wolontariuszek, która tam pracuje. Miasto, w którym cały czas trwa Adoracja Najświętszego Sakramentu. Miasto, gdzie chce się wracać. Dla mnie ważne pod względem ogromu Miłości Boga. Drugi dom - tuż po Jasnej Górze. Ubiegły weekend był bogaty duchowo i fizycznie. Duchowo, ponieważ sam Bóg przyszedł do mnie pod postacią chleba, przyszedł by powiedzieć, że mnie kocha i nigdy nie zawiedzie.  Przyszedł by poprosić o to, żeby mu służyć dając świadectwo swoim życiem. Fizycznie, ponieważ wpadliśmy na szalony pomysł i w ciągu weekendu byliśmy w Sopocie, w Koszalinie i w Poznaniu. Pogoda sprzyjała. Nie straszny nam był nawet lekki wiatr zawiewający mżawkę na twarz. Niedziela za to była po prostu piękna. Pogoda marzenie.  2 noce w pociągu, weekend pełen Boga, oderwania od codzienności, modlitwy i uśmiechu. Weekend udany. Czas refleksji, wniosków i przemyśleń.  Czas, który trwa. Czas piękny, bo czerwcowy.  Czerwcowy - Jezusowi poświęcony. Czas cudów. Bogu niech będą dzięki za te cenne dary. Chwała Panu! : )

sobota, 10 czerwca 2017

O rozdrożach życia...

Coś spadło z Nieba, podnieśliśmy to i zadajemy sobie pytanie: „A to co?”. No właśnie… czasem na człowieka spada coś, czego na pierwszy rzut oka nie widać dokładnie, nie wiadomo czym jest, nie wiadomo co oznacza, nie wiadomo dlaczego akurat teraz. Prawda? Prawda. Dziś coś nie coś o znakach zsyłanych nam z Nieba i trochę powiązanej z tym kwestii a mianowicie – o tym, że Bóg wie lepiej. Wszystko wie lepiej.

Nie owijając w bawełnę – od jakiegoś czasu Pan posyła nam tzw. „ślubne znaki”. Ciągle trafiamy gdzieś na salony sukni ślubnych, na jubilerów ze szczególnym naciskiem na obrączki, na Parafie pw. Świętej Rodziny i na karteczki ze Spowiedzią przedślubną. Przypadek? Nie sądzimy. Znaki odnośnie ślubu dostawaliśmy już wcześniej, jednakże przez ostatni czas jest ich tak jakby to powiedzieć – zmasowany atak i gigantyczny wysyp. Możecie powiedzieć, że owszem – trafiamy przypadkiem na takie miejsca, bo akurat tam tędy przechodzimy, bo akurat wtedy obrócimy głowę w tą stronę, bo ktoś po prostu przyszedł do Spowiedzi przedślubnej czy też przypadkowo trafiliśmy na fragment z Pisma Świętego dotyczący właśnie tego. Wierzycie w takie przypadki? Owszem, my też nie. Jak się łatwo domyślić – zachodzimy w głowę o co chodzi i prawdę mówiąc do dziś nie znaleźliśmy żadnej sensownej odpowiedzi na ten temat, gdyż wszystko póki co składa się w sprzeczność. Warunków na ślub w trybie now i w trybie trochę dalszym niż now obecnie nie mamy a mimo to z Nieba otrzymujemy wysyp znaków. Jednak jak wyżej też napisaliśmy, że Bóg wie wszystko najlepiej. On wie po co nam posyła te znaki, wie też, dlaczego na chwilę obecną jesteśmy w takim stanie rzeczy a nie innym, wie również o tym, dlaczego to tak wszystko jest połączone, mimo, iż dla nas wydaje się to totalnie nie do ogarnięcia i nie widzimy związku jednego z drugim. Nasuwa się jedno słowo, nieprawdaż? Zaufanie. Tak, dokładnie to słowo.

Czy jest nam łatwo zaufać? Różnie to bywa. Z jednej strony czysto logicznie i rozumowo podchodząc do sprawy to owszem – zaufanie w obecnym dla nas czasie jest dla nas na wagę złota i co więcej, podejrzewamy, że gdyby nie ono, to wiele mogłoby się zwyczajnie rozsypać a przynajmniej byłoby nam zdecydowanie trudniej przetrwać. Z drugiej jednak strony czasem trawi nas zniecierpliwienie oraz dociekanie o co chodzi. Wiele razy już przekonaliśmy się na własnej skórze, że na serio – Bóg wie co robi. Wiele było takich sytuacji, że Pan stawiał nas na rozdrożach i dawał nam wybór, że albo zaufamy i cierpliwie czekamy, albo pójdziemy po swojemu i się zgubimy. Zawsze wybieraliśmy tą trudniejszą drogę, która jak już wyżej napisaliśmy – była dla nas odpowiednia w skutkach. Wiemy, że łatwo mówić, trudniej wykonać, jednakże sądzimy, że kiedy człowiek raz, drugi bądź też trzeci doświadczy takiego działania Boga, że sam ma kilka naocznych przykładów z własnego życiowego doświadczenia, to prędzej czy później po części z automatu, ale zacznie wybierać tą drogę, którą wskaże mu Bóg. Chociaż łatwo nie będzie, ale doświadczenie mówi samo, że warto.

Z męskiego doświadczenia wiem, że zwykle kierowanie się rozumem oraz tym, co Bóg do mnie mówi (oczywiście w połączeniu tych dwóch rzeczy) daje nieziemskie rezultaty w życiu. Jak już wspomnieliśmy – jest to mega trudne wyzwanie wręcz, no ale… coś za coś ;) Albo rozum, trud i zwycięstwo albo uczucia, łatwa droga i… no właśnie. Uczucia owszem, są ważną rzeczą, jednak ja jestem zdania, że dopiero wtedy, kiedy są w zdrowej dawce i nie są wyżej nad logikę i rozum. Zwykle staram się ufać Bogu na tyle mocno ile potrafię, jednak tak jak w tym przypadku – ufam, choć nie do końca rozumiem to wszystko. Wiele razy bywało też tak, że to co widziałem i odczuwałem było zupełnie sprzeczne z tym, jakie znaki dawał Pan Bóg i co mówił wręcz do serca. Znacie te chwile, kiedy myślimy, że dotarliśmy do najlepszego z najlepszych rozwiązań czy też dróg w życiu, jednak ktoś, kto doświadczeniem i życiem jest nieco wyżej nad nami daje nam do zrozumienia, że to jednak nie jest dobre? Mniej więcej tak właśnie wyglądają Boże nauki w wersji ekstremalnej :D Przypomina mi się taki fragment, że „Teraz nie ja, lecz sam Chrystus we mnie żyje”. Wierzcie mi lub nie, ale kiedy zaufamy już tak naprawdę do końca (oczywiście do końca na tyle, ile w danej chwili potrafimy, bo obecne do końca nie będzie tym samym „do końca” co za rok czy pięć lat), to potem kierując się dalej tą samą drogą, nie będziecie chcieli wejść na żadną inną. Potwierdzona. Działa! ;) Tymczasem oddaję głos Paulince.


Pan Bóg działa w niesamowity sposób. Nieraz o tym myślę i zastanawiam się nad tym ile jest w Nim doskonałości. Na początku " czasu znaków " sądziłam, że za dużo myślę o ślubie, wymarzonej sukni itd. i dlatego tyle znaków dotyczących ślubu. Postanowiłam,  że czas skończyć "chodzenie z głową w chmurach". Z czasem myślałam o ślubie w dużo mniejszym stopniu. I wtedy się zaczęło :D Gdzie się nie obróciłam, nie wstąpiłam i nie przeszłam tam był znak. W Internecie, w miastach, nawet na wsi. Po prostu wszędzie.  Wiedziałam i wciąż wiem, że to nie jest przypadek. Oboje nie wiemy o co chodzi Bogu, ale pokładamy nadzieję, że kiedyś się dowiemy. Być może i Ty masz jakieś znaki z góry, które nie umiesz odczytać. Nic się nie martw. Bóg wie co robi i wie kiedy podesłać Ci kogoś odpowiedniego byś odczytał Jego znaki. A teraz wychwalajmy Stwórcę za tak wielką dobroć. Chwała Panu ;)

Wszystkim czytelnikom życzymy błogosławionej niedzieli i błogosławionego nadchodzącego tygodnia! :)

środa, 7 czerwca 2017

Diabelskie mieszanie i Boże czuwanie...

Jak to dobrze jest, kiedy mieszkanie pozostaje czyste, przyozdobione, odkurzone, ze zmytymi podłogami i dobrym zapachem… W domyśle każdy chciałby zamieszkać taki dom, każdy ceni sobie estetykę, czystość oraz lubi stan, kiedy wszystko jest na swoim miejscu. Dokładnie taki stan przedstawia pewien fragment Ewangelii, który podejrzewamy, że większość kojarzy. Wg nas owy stan można odnieść do życia fizycznego jak i do duchowego… ze szczególnym naciskiem na ten drugi i to właśnie temu drugiemu chcielibyśmy poświęcić dzisiejszy wpis.

Pokój, bezpieczeństwo, miłość, radość, światło, lśniący porządek… Każdy z nas marzy o takim domu i o takim stanie duszy, czyż nie? : ) W końcu takimi stworzył nas Pan i do tego też uzdolnił nasze serca, żebyśmy dostrzegali po prostu piękno i co więcej – żebyśmy tym pięknem chcieli żyć. W umyśle człowieka panuje wtedy zazwyczaj harmonia, poukładanie i poczucie tego, że wszystko jest na swoim miejscu i że wszystko funkcjonuje prawidłowo. Jest jednak ktoś, kto owym stanem gardzi a wręcz go nienawidzi. Wiadomo kim ten ktoś jest ;) Zapewne każdy z was doświadczył takiego czegoś, kiedy po uporządkowaniu swojego „mieszkania” przychodził ktoś, kto robił bałagan, wszystko niszczył i siał zamęt. Obwieszczamy – nie ma takiej osoby, która by tego nie doświadczyła. Jak kiedyś napisaliśmy już – istnieje w życiu plus i minus, ciepło i zimno, światłość i ciemność i tak jak w tym przypadku – porządek i bałagan. Kiedy narobimy z pełną świadomością bałaganu w naszym życiu, bądź też przyjdzie szary ze swoimi brudnymi buciorami i wszystko nam powywraca to owszem – czujemy się wtedy źle, czujemy się zagrożeni, jednak Pan nasz, który jest idealny i najmądrzejszy wymyślił multum różnych „środków czystości”, aby ten bałagan posprzątać i wrócić z powrotem do czystości.

Przede wszystkim – Spowiedź. Powiedzielibyśmy, że można to idealnie odnieść do tego, że ile razy w domu zrobi się nieporządek, tyle razy możemy to wszystko posprzątać, żeby wrócić do pierwotnego stanu. Limitu na sprzątanie NIE MA. Tak samo i w tym przypadku – ile razy nagrzeszymy i ile razy szary wtargnie w nasze życie to tyle samo razy Bóg z powrotem przyjmie nas do Siebie. Przytaczając całą resztę Sakramentów w tym Komunię Świętą – możemy mieć pewność, że drogę powrotu mamy zawsze. Często jest jednak tak, że na tej drodze „ktoś” nam ciągle podstawia nogę, ciągle próbuje nas przewrócić i powywracać wszystko do góry nogami. Taki stan niestety w ciągu ostatniego czasu ma miejsce u nas, gdyż im bardziej staramy się żyć według Bożej Woli i Jego przykazań, tym bardziej szary próbuje to wszystko zniszczyć niestety nie przebierając w środkach. Wiemy jednak, że nie jest on silniejszy od Boga i nie ma takiej władzy, żeby zniszczyć wszystkiego do końca o czym się przekonaliśmy przez ostatnie dni. Czasem wydaje się, że wszystko jest już skończone, jednak kiedy oboje zdajemy sobie sprawę, że Pan jest z nami szczególnie w tych chwilach, że Jego Dom jest dla nas zawsze otwarty, że On zawsze nas wysłucha, kiedy jesteśmy w potrzebie to  pocieszenie przychodzi można powiedzieć, że z automatu. Wielokrotnie zresztą już się o tym przekonaliśmy, że Bóg może nas podnieść nawet z największego dnia i wyciągnąć z najgorszej z pozoru nie do rozwiązania i bez wyjścia sytuacji.

Cóż… z męskiego punktu widzenia powinno wyglądać to tak, że ja jako mężczyzna powinienem ten porządek trzymać na wodzy i nie dopuścić do tego, żeby jakikolwiek nieład zaistniał w moim i naszym życiu. Czasem niestety mi się to nie udaje i ulegam podszeptom szarego, ulegam jego namowom do agresji oraz do zamykania się w sobie i robienia wszystkiego na opak. Czasem zwyczajnie nie widzę tego, że zły zaczyna włazić mi w życie i że sieje nieporządek. Jednak Pan Bóg ciągle posyła w moje życie tych, którzy oznajmiają mi to, że coś jest nie tak, wskazują na to, co robię źle i nawet jak trzeba – spuszczą na mnie tak zwane wiadro zimnej wody. Jednak mimo wszystko wiem, że Bóg ciągle uczy mnie tego jak postępować zgodnie z naturą mężczyzny, jak odpierać ataki złego i jak chronić przed tymi atakami Paulinkę i inne bliskie osoby. Zwykle wtedy przypomina mi się fragment z Pisma Świętego, który mówi, że w słabości moc się doskonali i wiecie co? To jest prawda! Bywają w moim życiu takie chwile, że nieraz zachodzę w głowę jak do tego mogło dojść, bądź jak się dokonało i na ludzki rozum nie potrafię znaleźć wytłumaczenia. Wiem też, że przede mną sporo nauki we właściwym przeżywaniu życia i wiary, jednak… dla Boga nie ma nic niemożliwego ;)

Bóg codziennie daje nam niezliczone pokłady łask,  pokazuje swoją miłość i wierność obietnic  mam tu na myśli niezliczone znaki, które otrzymujemy ostatnio odnośnie ślubu, ale o tym w kolejnym wpisie).  Ostatnio przeżywamy piękny czas, lecz zły próbuje nas rozdzielić. Atakuje coraz bardziej. Jednakże pomimo wielu ciężkich chwil idziemy razem przed siebie z modlitwą na ustach i uwielbieniem Boga. Zły zna moje słabe punkty i poprzez swoje podszepty próbuje zniechęcić mnie do Patryczka.  Na szczęście z Bożą pomocą udaje mi się kopać szatana ostatecznie w tyłek. Pocieszające jest to, że im bardziej szary atakuje tym większy i głębszy sens naszego narzeczeństwa i przyszłego małżeństwa. Niesamowita to łaska, że pomimo tylu prób,  tylu złych słów ze strony otoczenia i tylu prób rozdzielenia przez szatana nadal jesteśmy razem i chcemy trwać w duchu miłości,  przyjaźni i pokoju. Bóg posyła nas w niesamowite miejsca, daje radość ze spotkań z innymi, troszczy się.  Im bardziej zły atakuje tym bardziej czuć Bożą obecność. Może i Ty przeżywasz w swoim życiu coś podobnego.  Może zastanawiasz się co dalej.  Może się boisz lub uważasz,  że wszystko jest bez sensu.  Nie załamuj się,  idź do przodu i proś Boga o pomoc a zobaczysz,  że wszystko zakończy się dobrze. I pamiętaj: nie zapomnij Bogu dziękować za wszystko co masz! : )


Tym pozytywnym akcentem kończymy dzisiejszy wpis i życzymy każdemu z was porządku i ładu jak w słowach Ewangelii! : ) Oby dobry Bóg był zawsze obecny w waszym życiu i oby strzegł porządku, który sam ustanowił. Życzymy wam również tego, abyście zawsze dostrzegali piękno i dobro, które jest tylko i wyłącznie Jego dziełem. Życzymy wam wszystkim błogosławionego tygodnia! 

niedziela, 28 maja 2017

O marzeniach z Nieba...

Podróże i wycieczki, małe i duże… Podróże po Ziemi, podróże do Nieba. Dziś coś nie coś o przemieszczaniu się po jednym z największych dzieł Boga – czyli po globie i o spełnianiu naszych marzeń przez Niego.

Jak już dobrze wiecie – moje pasje to kolej, podróżowanie etc i nie kończy się to na mnie, bo zaraziłem tym również swoją Paulinkę. Ostatnimi czasy dość wyraźnie odczuwamy, że i w tych pasjach Bóg jest z nami. Dlaczego? Spieszymy z odpowiedzią. Mianowicie – we dwoje coraz więcej zaczynamy podróżować i coraz większe pragnienie tego odczuwamy, żeby poczyniać to właśnie razem. Po jednym z naszych najdłuższych wyjazdów naszły nas takie myśli, że fajnie byłoby kiedyś po spotkaniu w Krakowie wsiąść w wieczorny pociąg i pognać nad morze i wiecie co? Spełniły się te myśli 2 tygodnie później. Było to dla nas swego rodzaju wyrwanie z rutyny, gdyż po cotygodniowych spotkaniach zwykle kierowaliśmy się na dworzec i każde z nas rozjeżdżało się w swoje strony. Jednak nie tym razem. Dzień w Krakowie spędziliśmy znacznie dłużej, bo aż do godziny 23:00, po czym nocnym pociągiem pognaliśmy w stronę Gdyni, gdzie następnego dnia po godzinie 8:00 byliśmy na miejscu. Kolejne marzenie z Bożą pomocą się spełniło ;)

Nie sądziliśmy wtedy, że tak szybko wrócimy na północ naszego kraju.

Co do podróży na północ kraju… Ostatnio w moim życiu te rejony stały się można powiedzieć – chlebem powszednim. Bóg zaszczepił w moim sercu ogromny sentyment do pewnego miejsca w Koszalinie a dokładniej do Domu Miłosierdzia Bożego. W zasadzie to zaczęło mnie tam ciągnąć zanim się tam pierwszy raz zjawiłem. Na początku nie wiedziałem skąd to pochodzi i prosiłem Boga, że jeżeli to pragnienie zjawienia się tam pochodzi od Niego, to żeby mi to potwierdził. Na efekty nie musiałem długo czekać, bo już tego samego wieczora dostałem potwierdzenie poprzez Pismo Święte, że Bóg chce, żebym tam pojechał. Z początku myślałem, że minie sporo czasu zanim tam pojadę. Jednak już po kilku dniach zawitałem do Koszalina i zjawiłem się właśnie tam – w Domu Jego  Miłosierdzia. Najpierw z Paulinką podczas majówki a potem po tygodniu… i po kolejnym tygodniu… i po kolejnym tygodniu… : ) Dokładnie tak – Pan co tydzień posyła mnie do Koszalina. Swego czasu, kiedy rodziły się we mnie jakieś marzenia, żeby gdzieś się pojawić, to niestety po jakimś czasie niespełnione z powodu braku możliwości gasły. Jednak teraz Pan postanowił je spełnić : ) Czasem zastanawiamy się gdzie jeszcze Bóg nam pozwoli się pojawić i ciągle mamy setki nowych pomysłów na to, gdzie jeszcze możemy pojechać. Kilka dni temu, kiedy po raz kolejny jechałem do Koszalina, tylko w wersji nieco rozbudowanej, bo nie z Poznania a z Częstochowy odczułem dość wyraźnie to, że brakuje mi w tym momencie Paulinki obok. W pociągu z Częstochowy do Warszawy siedziała sobie pewna para i kiedy na nich spojrzałem, na to, jacy są szczęśliwi, to właśnie wtedy pojawiło się to uczucie. Dotychczas byłem przyzwyczajony do poróżowania samemu, bo zwyczajnie nie miałem innego wyjścia, jednak odkąd zaczęliśmy zwiedzać ten kraj razem… można powiedzieć, że wyjazdy we dwoje stały się już stanem właściwym i rzeczywistym.


Tak sobie też myślę, że to taka idealnie wpasowana część do życia. W końcu małżeństwo to też podróż – podróż do Nieba, do Boga… we dwoje. W końcu życie człowieka i jego powołanie nazywane są zwyczajnie drogą. No i koniec końców – w końcu każda podróż ma swój cel, czy to ta w ramach pasji czy ta w ramach życia – Niebo. Tymczasem oddaję głos Paulince : )

2 noce w pociągu,  weekend pełen wrażeń, szczęścia, miłości i poczucie, że Bóg jest obecny wśród nas - tak w skrócie mogę opisać poprzedni weekend.  Pogoda jak na zamówienie - pięknie,  słonecznie,  ciepły piasek,  szum fal,  słońce i my a między nami Bóg. Radość,  szczęście i spełnione kolejne marzenie - wyjazd jak najdalej stąd. Uwielbiam podróżować i zawsze marzyłam o tym by mieć kogoś kto pojedzie ze mną tak spontanicznie przed siebie.  Bóg mówi - mówisz i masz. Nieraz myślałam sobie,  że fajnie byłoby pojechać nad morze tak na chwilę by zaczerpnąć tamtego powietrza,  nacieszyć oko i poleżeć na plaży. Bóg mówi - mówisz i masz. Potrzebowałam odpocząć,  nabrać dystansu i " zresetować " umysł przed kolejnym ciężkim tygodniem.  Bóg mówi - mówisz i masz. Mogę z całą pewnością powiedzieć,  że Bóg po raz kolejny spełnił moje marzenie. Był to też czas,  w którym po raz kolejny zobaczyłam jak bardzo On kocha mnie,  nas, każdego człowieka. Pokazał swoją Miłość,  wierność i oddanie. Dał kolejne znaki potwierdzające słuszność naszej drogi, która wiedzie ku małżeństwu i ku zbawieniu. Pokazał też,  że z Nim przetrwamy wszystko, bo On może wszystko. I uczy nas każdego dnia budować swoją miłość na Jego miłości. Piękne, wspaniałe i niesamowite... I za to wszystko chwała Panu! :)

niedziela, 14 maja 2017

O tym, co nas łączy...

Podzielmy się sobą. Podzielmy się po połowie, ja wezmę Twoje pasje, Ty weźmiesz moje. Początek za nami :D Dziś chcielibyśmy coś nie coś napisać tak zwyczajnie… o nas : ) Konkretnie o takiej naszej małej części, która jest jednocześnie w nas z osobna jak i razem. Wiecie co mamy na myśli, prawda? Tak, bingo! Chodzi o pasje nasze z osobna… a po części też i wspólne.

Nie wiem jak wyglądałoby życie człowieka, gdyby nie fakt, że ma jakieś pasje. Ja osobiście sobie tego nie wyobrażam. Wyobrażacie sobie marazm codziennego dnia bez żadnej krzty czegoś, co się bardzo lubi? Co daje choć gram szczęścia i zadowolenia z życia i co powoduje tzw. „banana” na twarzy? Nie nie nie, to zupełnie nie dla mnie. Pan nasz widać przewidział taki stan rzeczy, który mógłby mnie unieszczęśliwiać i już przed moim stworzeniem się o to zatroszczył. W końcu nasze pasje to też jedno z naszych powołań w życiu. Dlaczego? A no dlatego, że z niejednej pasji powstaje w życiu człowieka coś, co staje się jego drogą w życiu. Ktoś, kto od dziecka interesował się elektroniką, po pewnym czasie stwierdza, że to jest to, co chce robić przez resztę życia. Stwierdza, że chce programować roboty, lutować kabelki i uzupełniać układy scalone. Są oczywiście takie pasje, które tylko i wyłącznie pasjami pozostają, jednak jestem zdania, że nic w życiu człowieka nie jest przypadkowe i nawet jeżeli nie wynika z tego droga życiowa, to to na pewno ma jakiś cel w życiu. Moja pasja a z czasem pasje mam pewność, że pochodzą od Boga. On sam mi to pokazał ;) i wiecie co? Do dziś jestem Mu wdzięczny właśnie za takie a nie inne zainteresowania. Kiedy byłem 8-letnim dzieckiem, po pewnej podróży do miejsca, w którym obecnie mieszkam zrodziły się w mojej głowie pewne przemyślenia i wnioski.

5 luty 2002r. godzina 5:06. Pociąg osobowy relacji Zielona Góra – Głogów. Następnie pociąg pospieszny relacji Zielona Góra – Przemyśl Główny, następnie pociąg osobowy relacji Opole Główne – Częstochowa Osobowa. Oto dzień, w którym zrodziło się jedno z moich powołań, które do dziś daje mi masę szczęścia i spełnienia. O dziwo pamiętam większość chwil z tej podróży i te chwile właśnie przyczyniły się do tego, że zacząłem o podróżach pociągami rozmyślać coraz bardziej. Pomyśleć, że jeszcze przed tą datą… pociągami można było mnie straszyć :D Gdy ktoś się mnie pyta „Co Ty widzisz w tych pociągach? Przecież to ciągle opóźnione brudne złomy, które tylko źle się kojarzą”. Moja odpowiedź jest wtedy tylko jedna: „To samo co Ty widzisz w swojej piłce nożnej, która jest tylko ciągiem kontuzji, stłuczeń i zmęczenia po 90 minutach biegania”. Dziwi mnie często dlaczego ludzie tak subiektywnie podchodzą do każdego człowieka i wszystko to, co wykracza poza ich teren myślenia jest już nie dziwne i nie do przyjęcia. Mało tego – ludzie w większości widzą tylko wady wszelkich aspektów życia, natomiast zalet – zero. Z początków kolej sprowadzała się u mnie tylko do rozmyśleń, po jakimś czasie doszły tak zwane „dziecięce hieroglify” na kartkach papieru, które przedstawiały… w jakimś stopniu lokomotywę :D Dobrym haczykiem dla mnie był również mój wujek, który poprzez tamte czasy aż do dziś jest pracownikiem Zakładu Taboru Kolejowego w Czerwieńsku (koło Zielonej Góry) i dużo tego i tamtego można się było od niego dowiedzieć. Wiecie jaka to była frajda, kiedy wiedziałem, że przyjdzie wujek i znów będę mógł wyciągnąć od niego nieco informacji na ten temat? :D Co jakiś czas otrzymywałem też kartki w postaci pocztówek, na których widniały zdjęcia pociągów z różnych części Polski. Kiedy w domu pojawiła się tzw. amerykańska mechanizacja w postaci komputera i internetu to był to czas, kiedy w końcu mogłem rozwinąć kolejowe skrzydła. Na tamten czas nie było aż tak wiele stron o tematyce kolejowej, jednak przybywało ich coraz więcej.

Wiecie, kiedy człowiek chce wiedzieć na dany temat coraz więcej, to zwyczajnie kopie doły aż do jądra Ziemi, żeby dowiedzieć się czegoś nowego i tak doszło do tego, że terminy typu siódemka, przetwornica, przekaźnik nadmiarowy, pociąg kwalifikowany czy też linia magistralna przestały być dla mnie obce. Zdobyłem też również wśród swoich kolejowych zdobyczy symulator jazdy pociągiem i podczas kiedy inni „jarali się” strzelankami i grami RPG – ja przez cały ten czas dowiadywałem się czegoś nowego i poznawałem coraz więcej kolejowych tajników. Do dziś również pamiętam swoje początki na co prawda małej stacji kolejowej, ale zawsze to coś. Dużo również dowiadywałem się od pracowników kolei, którzy z czasem zaczęli mnie nie tylko kojarzyć ale też i zwyczajnie znać. Kiedyś pewien konduktor stwierdził, że już wie, że jak wjeżdżają w stację to zapewne mnie tam za chwilę spotkają z aparatem. Nie mylił się :D Kiedy pracowników kolei znałem coraz więcej, pozwalali mi oni na jazdy w kabinach maszynisty i… na prowadzenie pociągów :D Wielu z nich dziwiło się, że w wieku 15 lat można już tyle wiedzieć na temat techniki kolejowej, obsługi składów i technicznych zagadnień związanych z elektroenergetyką na kolei.

Jakość moich zdjęć i filmów na początku nie powalała, a nawet bym stwierdził na ten czas, że sam siebie bym zastrzelił za niektóre błędy :D Jednak mam na siebie usprawiedliwienie – każdy był w czymś początkujący. Odkąd tylko pamiętam to uwiecznianie tak prostych chwil jak wjazd, postój i odjazd pociągu dawały mi dużo radochy. Niby tak mało, a jednak tak wiele. Czasem denerwowało mnie to, że stacja w miejscowości w której mieszkałem jest tak mała i tak mało się na niej dzieje, jednak wiem, że było to mojej osobowości potrzebne. Mam taki charakter, że nie mogę mieć za dużo z początków więc tych kilkanaście pociągów osobowych i jeden pospieszny były dla mnie w sam raz. Swego czasu kiedy również poduczyłem się trochę zasad filmowania i fotografii to i moje „dzieła” stały się lepsze. Przyszedł też również moment, kiedy zacząłem poznawać mapę sieci kolejowej w Polsce, nauczyłem się rozróżniać kategorie pociągów oraz zacząłem planować swoje pierwsze wojaże po Polsce. Pasja ta dała mi również dużo nowych znajomości, które istnieją do dziś i z którymi przeżyłem już nie jeden swój wyjazd. Zawsze podczas swoich wyjazdów czułem się wolny. Zwyczajnie wolny. Pierwsze wyjazdy może i nie były dość długie, ale samodzielne. Również od samych początków moich wyjazdów czułem wręcz ekscytację, kiedy mogłem poznawać nowe tereny, przejeżdżać nowe linie kolejowe i przejeżdżać coraz więcej kilometrów. Wierzcie lub nie, ale kiedy ludzie z mojego otoczenia dowiadywali się, że jestem zdolny spędzić w pociągu 3 dni i ciągle mi mało… domyślacie się jakie były reakcje :D. No ale cóż… powołanie : ) Z jednego małego rozważania na dzień dzisiejszy wygląda to tak, że dzięki kolei nauczyłem się obsługi lustrzanki, poznałem większość miast i terenów w Polsce, nauczyłem się jak działają dofinansowania unijne związane z zakupami nowego taboru kolejowego, nauczyłem się funkcjonowania ruchu kolejowego na dużych stacjach węzłowych, pozyskałem nowe znajomości z koleją związane i zjechałem tysiące kilometrów pociągami. Do pewnego momentu sam, jednak Bóg również wiedział za czym idzie moje serce i dał mi też do tego moją towarzyszkę, której oddaję teraz głos : )

Swoją miłość do gór przejawiałam w zasadzie od dziecka. Myślę, że jest to spowodowane głównie tym, że mieszkam w jednej z wiosek Beskidu Wyspowego. W miarę upływu lat coraz bardziej kochałam góry.  Zawsze po jakimś wyjściu na szczyt miałam i wciąż mam wrażenie,  że jestem bliżej Boga.  Kocham zarówno te moje beskidzkie góry jak i Tatry. Gdy chodzę po górach, zdobywam szczyty czuję, że żyję. Drugą pasją,  którą mam od dzieciństwa jest czytanie książek.  W podstawówce i gimnazjum wręcz je chłonęłam. To był cudowny czas. Był, ponieważ teraz już niestety nie mam czasu tak dużo czytać. Bardzo lubię to robić, ponieważ sprawia mi to dużą przyjemność. Swoją miłość do gotowania i pieczenia odkryłam na studiach. W miarę upływu lat rozwijała się.  Dzisiaj uwielbiam spędzać czas w kuchni. To moja forma relaksu. Z kolei pasję fotografii odkryłam niedawno - jakieś 3 lata temu.  Zawsze lubiłam robić zdjęcia - zwłaszcza na jakiś rodzinnych uroczystościach, lecz od 3 lat jest ta pasja pogłębiana. Mam swój mały aparacik cyfrowy i czasem lubię pójść przed siebie i porobić zdjęcia.  Według mojego narzeczonego mam do tego rękę. :D Ostatnia pasja jaką mam w swoim sercu i w głowie nosi nazwę podróże.  Uwielbiam podróżować. To od dziecka było moje marzenie - zwiedzać świat.  Obecnie marzenie to się realizuje.  W końcu mam z kim podróżować, cieszyć oko widokami i co więcej - tym kimś jest mój wspaniały Patryś,  który tak jak ja lubi podróże. Ja z kolei coraz bardziej lubię podróżować pociągami i czasem motywuję Patrysia do robienia zdjęć na peronie.  :D Coraz bardziej "zarażam się" podziwianiem pociągów i zaczynam powoli rozróżniać ich rodzaje. :D Wracając jeszcze do fotografii: z racji tego, że aparat Patryczka jest bardzo profesjonalny robienie zdjęć nim to podwójna przyjemność.  Często więc " strzelam " mojemu narzeczonemu fotki,  które mam nadzieję,  że będą kiedyś umieszczone w naszym albumie rodzinnym. Myślę też,  że smykałkę do zdjęć odziedziczyłam po mojej wspaniałej babci,  która co prawda nie robiła ich,  lecz uwielbiała pozować. Jakie to piękne - razem poprzez swoje pasje podróżować ku wieczności <3 Za wszystko co było,  jest i będzie - chwała Panu!

Ze swojej strony dodam jeszcze, że moja Paulinka jest również przyczyną tego, że sam polubiłem góry, polubiłem czytanie oraz gotowanie. Kiedyś w życiu bym nie pomyślał, że chodzenie po górach, gotowanie czy czytanie może dawać tyle przyjemności. Wiele osób niejednokrotnie było w szoku, kiedy widzieli mnie… buszującego po kuchni :D Krótko mówiąc – Bóg wie co robi i zapewne jedną z tych pięciu wspólnych pasji jeszcze nie raz razem wykorzystamy w dobrym celu : )
Tymczasem kończymy dzisiejszy nieco inny niż zwykle wpis i życzymy wam błogosławionego nadchodzącego tygodnia! Pragniemy Was również poinformować,  że w przyszły weekend wpisu nie będzie z powodu rozpoczęcia pewnego przemyślanego, szalonego i Bożego rozdziału w naszym życiu. Ale nic się nie martwcie - napiszemy w ciągu następnego tygodnia!