niedziela, 28 maja 2017

O marzeniach z Nieba...

Podróże i wycieczki, małe i duże… Podróże po Ziemi, podróże do Nieba. Dziś coś nie coś o przemieszczaniu się po jednym z największych dzieł Boga – czyli po globie i o spełnianiu naszych marzeń przez Niego.

Jak już dobrze wiecie – moje pasje to kolej, podróżowanie etc i nie kończy się to na mnie, bo zaraziłem tym również swoją Paulinkę. Ostatnimi czasy dość wyraźnie odczuwamy, że i w tych pasjach Bóg jest z nami. Dlaczego? Spieszymy z odpowiedzią. Mianowicie – we dwoje coraz więcej zaczynamy podróżować i coraz większe pragnienie tego odczuwamy, żeby poczyniać to właśnie razem. Po jednym z naszych najdłuższych wyjazdów naszły nas takie myśli, że fajnie byłoby kiedyś po spotkaniu w Krakowie wsiąść w wieczorny pociąg i pognać nad morze i wiecie co? Spełniły się te myśli 2 tygodnie później. Było to dla nas swego rodzaju wyrwanie z rutyny, gdyż po cotygodniowych spotkaniach zwykle kierowaliśmy się na dworzec i każde z nas rozjeżdżało się w swoje strony. Jednak nie tym razem. Dzień w Krakowie spędziliśmy znacznie dłużej, bo aż do godziny 23:00, po czym nocnym pociągiem pognaliśmy w stronę Gdyni, gdzie następnego dnia po godzinie 8:00 byliśmy na miejscu. Kolejne marzenie z Bożą pomocą się spełniło ;)

Nie sądziliśmy wtedy, że tak szybko wrócimy na północ naszego kraju.

Co do podróży na północ kraju… Ostatnio w moim życiu te rejony stały się można powiedzieć – chlebem powszednim. Bóg zaszczepił w moim sercu ogromny sentyment do pewnego miejsca w Koszalinie a dokładniej do Domu Miłosierdzia Bożego. W zasadzie to zaczęło mnie tam ciągnąć zanim się tam pierwszy raz zjawiłem. Na początku nie wiedziałem skąd to pochodzi i prosiłem Boga, że jeżeli to pragnienie zjawienia się tam pochodzi od Niego, to żeby mi to potwierdził. Na efekty nie musiałem długo czekać, bo już tego samego wieczora dostałem potwierdzenie poprzez Pismo Święte, że Bóg chce, żebym tam pojechał. Z początku myślałem, że minie sporo czasu zanim tam pojadę. Jednak już po kilku dniach zawitałem do Koszalina i zjawiłem się właśnie tam – w Domu Jego  Miłosierdzia. Najpierw z Paulinką podczas majówki a potem po tygodniu… i po kolejnym tygodniu… i po kolejnym tygodniu… : ) Dokładnie tak – Pan co tydzień posyła mnie do Koszalina. Swego czasu, kiedy rodziły się we mnie jakieś marzenia, żeby gdzieś się pojawić, to niestety po jakimś czasie niespełnione z powodu braku możliwości gasły. Jednak teraz Pan postanowił je spełnić : ) Czasem zastanawiamy się gdzie jeszcze Bóg nam pozwoli się pojawić i ciągle mamy setki nowych pomysłów na to, gdzie jeszcze możemy pojechać. Kilka dni temu, kiedy po raz kolejny jechałem do Koszalina, tylko w wersji nieco rozbudowanej, bo nie z Poznania a z Częstochowy odczułem dość wyraźnie to, że brakuje mi w tym momencie Paulinki obok. W pociągu z Częstochowy do Warszawy siedziała sobie pewna para i kiedy na nich spojrzałem, na to, jacy są szczęśliwi, to właśnie wtedy pojawiło się to uczucie. Dotychczas byłem przyzwyczajony do poróżowania samemu, bo zwyczajnie nie miałem innego wyjścia, jednak odkąd zaczęliśmy zwiedzać ten kraj razem… można powiedzieć, że wyjazdy we dwoje stały się już stanem właściwym i rzeczywistym.


Tak sobie też myślę, że to taka idealnie wpasowana część do życia. W końcu małżeństwo to też podróż – podróż do Nieba, do Boga… we dwoje. W końcu życie człowieka i jego powołanie nazywane są zwyczajnie drogą. No i koniec końców – w końcu każda podróż ma swój cel, czy to ta w ramach pasji czy ta w ramach życia – Niebo. Tymczasem oddaję głos Paulince : )

2 noce w pociągu,  weekend pełen wrażeń, szczęścia, miłości i poczucie, że Bóg jest obecny wśród nas - tak w skrócie mogę opisać poprzedni weekend.  Pogoda jak na zamówienie - pięknie,  słonecznie,  ciepły piasek,  szum fal,  słońce i my a między nami Bóg. Radość,  szczęście i spełnione kolejne marzenie - wyjazd jak najdalej stąd. Uwielbiam podróżować i zawsze marzyłam o tym by mieć kogoś kto pojedzie ze mną tak spontanicznie przed siebie.  Bóg mówi - mówisz i masz. Nieraz myślałam sobie,  że fajnie byłoby pojechać nad morze tak na chwilę by zaczerpnąć tamtego powietrza,  nacieszyć oko i poleżeć na plaży. Bóg mówi - mówisz i masz. Potrzebowałam odpocząć,  nabrać dystansu i " zresetować " umysł przed kolejnym ciężkim tygodniem.  Bóg mówi - mówisz i masz. Mogę z całą pewnością powiedzieć,  że Bóg po raz kolejny spełnił moje marzenie. Był to też czas,  w którym po raz kolejny zobaczyłam jak bardzo On kocha mnie,  nas, każdego człowieka. Pokazał swoją Miłość,  wierność i oddanie. Dał kolejne znaki potwierdzające słuszność naszej drogi, która wiedzie ku małżeństwu i ku zbawieniu. Pokazał też,  że z Nim przetrwamy wszystko, bo On może wszystko. I uczy nas każdego dnia budować swoją miłość na Jego miłości. Piękne, wspaniałe i niesamowite... I za to wszystko chwała Panu! :)

niedziela, 14 maja 2017

O tym, co nas łączy...

Podzielmy się sobą. Podzielmy się po połowie, ja wezmę Twoje pasje, Ty weźmiesz moje. Początek za nami :D Dziś chcielibyśmy coś nie coś napisać tak zwyczajnie… o nas : ) Konkretnie o takiej naszej małej części, która jest jednocześnie w nas z osobna jak i razem. Wiecie co mamy na myśli, prawda? Tak, bingo! Chodzi o pasje nasze z osobna… a po części też i wspólne.

Nie wiem jak wyglądałoby życie człowieka, gdyby nie fakt, że ma jakieś pasje. Ja osobiście sobie tego nie wyobrażam. Wyobrażacie sobie marazm codziennego dnia bez żadnej krzty czegoś, co się bardzo lubi? Co daje choć gram szczęścia i zadowolenia z życia i co powoduje tzw. „banana” na twarzy? Nie nie nie, to zupełnie nie dla mnie. Pan nasz widać przewidział taki stan rzeczy, który mógłby mnie unieszczęśliwiać i już przed moim stworzeniem się o to zatroszczył. W końcu nasze pasje to też jedno z naszych powołań w życiu. Dlaczego? A no dlatego, że z niejednej pasji powstaje w życiu człowieka coś, co staje się jego drogą w życiu. Ktoś, kto od dziecka interesował się elektroniką, po pewnym czasie stwierdza, że to jest to, co chce robić przez resztę życia. Stwierdza, że chce programować roboty, lutować kabelki i uzupełniać układy scalone. Są oczywiście takie pasje, które tylko i wyłącznie pasjami pozostają, jednak jestem zdania, że nic w życiu człowieka nie jest przypadkowe i nawet jeżeli nie wynika z tego droga życiowa, to to na pewno ma jakiś cel w życiu. Moja pasja a z czasem pasje mam pewność, że pochodzą od Boga. On sam mi to pokazał ;) i wiecie co? Do dziś jestem Mu wdzięczny właśnie za takie a nie inne zainteresowania. Kiedy byłem 8-letnim dzieckiem, po pewnej podróży do miejsca, w którym obecnie mieszkam zrodziły się w mojej głowie pewne przemyślenia i wnioski.

5 luty 2002r. godzina 5:06. Pociąg osobowy relacji Zielona Góra – Głogów. Następnie pociąg pospieszny relacji Zielona Góra – Przemyśl Główny, następnie pociąg osobowy relacji Opole Główne – Częstochowa Osobowa. Oto dzień, w którym zrodziło się jedno z moich powołań, które do dziś daje mi masę szczęścia i spełnienia. O dziwo pamiętam większość chwil z tej podróży i te chwile właśnie przyczyniły się do tego, że zacząłem o podróżach pociągami rozmyślać coraz bardziej. Pomyśleć, że jeszcze przed tą datą… pociągami można było mnie straszyć :D Gdy ktoś się mnie pyta „Co Ty widzisz w tych pociągach? Przecież to ciągle opóźnione brudne złomy, które tylko źle się kojarzą”. Moja odpowiedź jest wtedy tylko jedna: „To samo co Ty widzisz w swojej piłce nożnej, która jest tylko ciągiem kontuzji, stłuczeń i zmęczenia po 90 minutach biegania”. Dziwi mnie często dlaczego ludzie tak subiektywnie podchodzą do każdego człowieka i wszystko to, co wykracza poza ich teren myślenia jest już nie dziwne i nie do przyjęcia. Mało tego – ludzie w większości widzą tylko wady wszelkich aspektów życia, natomiast zalet – zero. Z początków kolej sprowadzała się u mnie tylko do rozmyśleń, po jakimś czasie doszły tak zwane „dziecięce hieroglify” na kartkach papieru, które przedstawiały… w jakimś stopniu lokomotywę :D Dobrym haczykiem dla mnie był również mój wujek, który poprzez tamte czasy aż do dziś jest pracownikiem Zakładu Taboru Kolejowego w Czerwieńsku (koło Zielonej Góry) i dużo tego i tamtego można się było od niego dowiedzieć. Wiecie jaka to była frajda, kiedy wiedziałem, że przyjdzie wujek i znów będę mógł wyciągnąć od niego nieco informacji na ten temat? :D Co jakiś czas otrzymywałem też kartki w postaci pocztówek, na których widniały zdjęcia pociągów z różnych części Polski. Kiedy w domu pojawiła się tzw. amerykańska mechanizacja w postaci komputera i internetu to był to czas, kiedy w końcu mogłem rozwinąć kolejowe skrzydła. Na tamten czas nie było aż tak wiele stron o tematyce kolejowej, jednak przybywało ich coraz więcej.

Wiecie, kiedy człowiek chce wiedzieć na dany temat coraz więcej, to zwyczajnie kopie doły aż do jądra Ziemi, żeby dowiedzieć się czegoś nowego i tak doszło do tego, że terminy typu siódemka, przetwornica, przekaźnik nadmiarowy, pociąg kwalifikowany czy też linia magistralna przestały być dla mnie obce. Zdobyłem też również wśród swoich kolejowych zdobyczy symulator jazdy pociągiem i podczas kiedy inni „jarali się” strzelankami i grami RPG – ja przez cały ten czas dowiadywałem się czegoś nowego i poznawałem coraz więcej kolejowych tajników. Do dziś również pamiętam swoje początki na co prawda małej stacji kolejowej, ale zawsze to coś. Dużo również dowiadywałem się od pracowników kolei, którzy z czasem zaczęli mnie nie tylko kojarzyć ale też i zwyczajnie znać. Kiedyś pewien konduktor stwierdził, że już wie, że jak wjeżdżają w stację to zapewne mnie tam za chwilę spotkają z aparatem. Nie mylił się :D Kiedy pracowników kolei znałem coraz więcej, pozwalali mi oni na jazdy w kabinach maszynisty i… na prowadzenie pociągów :D Wielu z nich dziwiło się, że w wieku 15 lat można już tyle wiedzieć na temat techniki kolejowej, obsługi składów i technicznych zagadnień związanych z elektroenergetyką na kolei.

Jakość moich zdjęć i filmów na początku nie powalała, a nawet bym stwierdził na ten czas, że sam siebie bym zastrzelił za niektóre błędy :D Jednak mam na siebie usprawiedliwienie – każdy był w czymś początkujący. Odkąd tylko pamiętam to uwiecznianie tak prostych chwil jak wjazd, postój i odjazd pociągu dawały mi dużo radochy. Niby tak mało, a jednak tak wiele. Czasem denerwowało mnie to, że stacja w miejscowości w której mieszkałem jest tak mała i tak mało się na niej dzieje, jednak wiem, że było to mojej osobowości potrzebne. Mam taki charakter, że nie mogę mieć za dużo z początków więc tych kilkanaście pociągów osobowych i jeden pospieszny były dla mnie w sam raz. Swego czasu kiedy również poduczyłem się trochę zasad filmowania i fotografii to i moje „dzieła” stały się lepsze. Przyszedł też również moment, kiedy zacząłem poznawać mapę sieci kolejowej w Polsce, nauczyłem się rozróżniać kategorie pociągów oraz zacząłem planować swoje pierwsze wojaże po Polsce. Pasja ta dała mi również dużo nowych znajomości, które istnieją do dziś i z którymi przeżyłem już nie jeden swój wyjazd. Zawsze podczas swoich wyjazdów czułem się wolny. Zwyczajnie wolny. Pierwsze wyjazdy może i nie były dość długie, ale samodzielne. Również od samych początków moich wyjazdów czułem wręcz ekscytację, kiedy mogłem poznawać nowe tereny, przejeżdżać nowe linie kolejowe i przejeżdżać coraz więcej kilometrów. Wierzcie lub nie, ale kiedy ludzie z mojego otoczenia dowiadywali się, że jestem zdolny spędzić w pociągu 3 dni i ciągle mi mało… domyślacie się jakie były reakcje :D. No ale cóż… powołanie : ) Z jednego małego rozważania na dzień dzisiejszy wygląda to tak, że dzięki kolei nauczyłem się obsługi lustrzanki, poznałem większość miast i terenów w Polsce, nauczyłem się jak działają dofinansowania unijne związane z zakupami nowego taboru kolejowego, nauczyłem się funkcjonowania ruchu kolejowego na dużych stacjach węzłowych, pozyskałem nowe znajomości z koleją związane i zjechałem tysiące kilometrów pociągami. Do pewnego momentu sam, jednak Bóg również wiedział za czym idzie moje serce i dał mi też do tego moją towarzyszkę, której oddaję teraz głos : )

Swoją miłość do gór przejawiałam w zasadzie od dziecka. Myślę, że jest to spowodowane głównie tym, że mieszkam w jednej z wiosek Beskidu Wyspowego. W miarę upływu lat coraz bardziej kochałam góry.  Zawsze po jakimś wyjściu na szczyt miałam i wciąż mam wrażenie,  że jestem bliżej Boga.  Kocham zarówno te moje beskidzkie góry jak i Tatry. Gdy chodzę po górach, zdobywam szczyty czuję, że żyję. Drugą pasją,  którą mam od dzieciństwa jest czytanie książek.  W podstawówce i gimnazjum wręcz je chłonęłam. To był cudowny czas. Był, ponieważ teraz już niestety nie mam czasu tak dużo czytać. Bardzo lubię to robić, ponieważ sprawia mi to dużą przyjemność. Swoją miłość do gotowania i pieczenia odkryłam na studiach. W miarę upływu lat rozwijała się.  Dzisiaj uwielbiam spędzać czas w kuchni. To moja forma relaksu. Z kolei pasję fotografii odkryłam niedawno - jakieś 3 lata temu.  Zawsze lubiłam robić zdjęcia - zwłaszcza na jakiś rodzinnych uroczystościach, lecz od 3 lat jest ta pasja pogłębiana. Mam swój mały aparacik cyfrowy i czasem lubię pójść przed siebie i porobić zdjęcia.  Według mojego narzeczonego mam do tego rękę. :D Ostatnia pasja jaką mam w swoim sercu i w głowie nosi nazwę podróże.  Uwielbiam podróżować. To od dziecka było moje marzenie - zwiedzać świat.  Obecnie marzenie to się realizuje.  W końcu mam z kim podróżować, cieszyć oko widokami i co więcej - tym kimś jest mój wspaniały Patryś,  który tak jak ja lubi podróże. Ja z kolei coraz bardziej lubię podróżować pociągami i czasem motywuję Patrysia do robienia zdjęć na peronie.  :D Coraz bardziej "zarażam się" podziwianiem pociągów i zaczynam powoli rozróżniać ich rodzaje. :D Wracając jeszcze do fotografii: z racji tego, że aparat Patryczka jest bardzo profesjonalny robienie zdjęć nim to podwójna przyjemność.  Często więc " strzelam " mojemu narzeczonemu fotki,  które mam nadzieję,  że będą kiedyś umieszczone w naszym albumie rodzinnym. Myślę też,  że smykałkę do zdjęć odziedziczyłam po mojej wspaniałej babci,  która co prawda nie robiła ich,  lecz uwielbiała pozować. Jakie to piękne - razem poprzez swoje pasje podróżować ku wieczności <3 Za wszystko co było,  jest i będzie - chwała Panu!

Ze swojej strony dodam jeszcze, że moja Paulinka jest również przyczyną tego, że sam polubiłem góry, polubiłem czytanie oraz gotowanie. Kiedyś w życiu bym nie pomyślał, że chodzenie po górach, gotowanie czy czytanie może dawać tyle przyjemności. Wiele osób niejednokrotnie było w szoku, kiedy widzieli mnie… buszującego po kuchni :D Krótko mówiąc – Bóg wie co robi i zapewne jedną z tych pięciu wspólnych pasji jeszcze nie raz razem wykorzystamy w dobrym celu : )
Tymczasem kończymy dzisiejszy nieco inny niż zwykle wpis i życzymy wam błogosławionego nadchodzącego tygodnia! Pragniemy Was również poinformować,  że w przyszły weekend wpisu nie będzie z powodu rozpoczęcia pewnego przemyślanego, szalonego i Bożego rozdziału w naszym życiu. Ale nic się nie martwcie - napiszemy w ciągu następnego tygodnia! 

sobota, 6 maja 2017

O trudnościach i upadkach...

Nie było nas jakiś czas… Wiemy. Trochę się wydarzyło, trochę się nadal dzieje. W zasadzie to bardzo trochę. Czasem mamy wrażenie, że jest zwyczajnie tak stromo pod górkę, że nawet na Giewont i Kasprowy razem wzięte tak stromo nie jest, jak droga przez życie. Wiecie jak to jest, kiedy założy się komuś duchowy czterdziestokilowy plecak i każe mu się biegnąć? Zapewne nie wiecie, bo niewielu z nas doświadczyło tego w wymiarze fizycznym. Natomiast w wymiarze duchowym zapewne nie ma takiej osoby, która nie czułaby kilku ton na sobie. Kiedy ciężar jest za duży, to cóż… zwyczajnie na świecie upadamy.

Odnieśmy się do źródła miłości, a konkretnie do jednego wydarzenia z życia Chrystusa. Nawet pisaliśmy o tym nie tak dawno. Chrystus wziął swój krzyż na ramiona i poszedł na miejsce swojej śmierci. Trzy razy po drodze upadał pod naporem ciężaru krzyża. Używając naszego ulubionego terminu Bóg -> człowiek docieramy do początku sedna tego o czym chcielibyśmy dziś napisać. Każdy z nas dźwiga za życia swój krzyż, każdy z nas wiele razy upada, każdego te upadki ranią. Niektórych aż do tego stopnia, że mdleją z bólu. Jak dobrze wiemy – jesteśmy tylko ludźmi, którzy zostali skażeni grzechem pierworodnym i wszelkie pokusy, upadki, boleści, cierpienia niestety są nieuniknione. Jeżeli Jezusowi było tak trudno nieść krzyż aż do tego stopnia, że trzy razy upadał… to co dopiero nam zwykłym grzesznikom. Jednak co by nie dramatyzować za bardzo, to pamiętajmy zawsze, że owszem – upadki były są i będą, ale jest z nami Ten, który nas tak umiłował, że umarł za nas na tym samym krzyżu, którego tak trudno było nieść. Często bywa w życiu tak, że po boleśniejszych upadkach wkracza do akcji niestety wróg, który próbuje stworzyć przed oczami człowieka iluzję, że już tak nagrzeszyliśmy, tak upadliśmy, że już jesteśmy straceni, stawia na nas grubą czarną kreskę i daje fałszywie do zrozumienia, że już nic ani nikt nam nie pomoże. Jak wyżej – to tylko jego parszywa iluzja.

Chcielibyśmy przytoczyć trzy przemądre cytaty z Dzienniczka Siostry Faustyny:

1) "Gdy dusza ujrzy i pozna ciężkość swych grzechów , gdy się odsłoni przed jej oczyma duszy cała przepaść nędzy, w jakiej się pogrążyła, niech nie rozpacza, ale z ufnością niech się rzuci w ramiona Mojego miłosierdzia, jak dziecko w objęcia ukochanej matki. Dusze te mają pierwszeństwo do Mojego miłosierdzia. Powiedz, że żadna dusza, która wzywała miłosierdzia Mojego, nie zawiodła się ani nie doznała zawstydzenia" (Dz 1541).

2) "Im większy grzesznik, tym ma większe prawa do miłosierdzia Mojego. ... Kto ufa miłosierdziu Mojemu, nie zginie, bo wszystkie sprawy jego Moimi są, a nieprzyjaciele rozbiją się u stóp podnóżka Mojego" (Dz 723).

3) "Wiedz, ile razy przychodzisz do Mnie uniżając się i prosisz o przebaczenie, tyle razy wylewam ogrom łask na twą duszę, a niedoskonałość twoja niknie przede Mną, a widzę tylko twą miłość i pokorę; nic nie tracisz, ale wiele zyskujesz" (Dz 1293).

To tak apropoz parszywości wroga ;)

Czasem niekoniecznie musi się to wszystko tyczyć upadków pod kątem grzeszności człowieka. W obecnym czasie doświadczamy mega mocnych trudności związanych z tęsknotą za sobą. Możecie nam wierzyć lub nie, ale czasem po prostu nasze serca usychają z tej tęsknoty. Wiele jest takich chwil, że chcielibyśmy być obok siebie, przytulić Cię, uśmiechnąć do siebie, spojrzeć w oczy… a nie możemy. Wiemy, że tęsknota buduje związek aczkolwiek niekiedy mamy wrażenie, że ona nas zwyczajnie przerasta i sieje spustoszenie. Żeby nam nie było za mało zgryźliwości to zły oczywiście dokłada co swoje. Dużo nam daje zwyczajna modlitwa czy obecność na Mszy Św., ofiarowanie tego wszystkiego Jezusowi i… wzajemne wsparcie bez którego tak trudno byłoby to wszystko znieść. Jak to się mówi – Jezus nie posłałby na nas niczego, czego nie moglibyśmy znieść. Po prawdzie to nie wiemy kompletnie po co to wszystko, ale wiemy, że Jezus wie co robi.

Wyobrażacie sobie połączenie słów upadek i mężczyzna? Średnio pasuje nie? No właśnie jak widać pasuje. Spójrz drogi bracie na Jezusa, który był i jest jednocześnie lwem i barankiem. Nic nie było w stanie go pokonać do końca, zmartwychwstał i pokonał śmierć. Jednak wcześniej musiał trzy razy upaść i ponieść śmierć fizyczną. Zatem jeżeli ktoś drogi czytelniku wmówi Ci, że upadek w znaczeniu mężczyzny jest jego osobistą klęską i zniweczeniem miana mężczyzny… pokieruj go do mnie ;). Jako mężczyzna i jednocześnie jako człowiek wielokrotnie na własnej skórze przekonałem się co to znaczy trud i upadek. Wiele razy doświadczałem różnorakiego cierpienia, które jednak potem zamieniało się „jakimś dziwnym cudem” w dobro. Wiele razy doświadczałem upadków tak szkarłatnych, że sam często popadałem w iluzję, że to już koniec, wszystko stracone i „pakuj walizki i wynocha z nieba”. Jednak sam Jezus pokazał mi przez te upadki, trudy i cierpienia jaki potencjał we mnie złożył. Pokazał mi jak wielką wartość ma serce mężczyzny i jak zdolne jest do przetrwania niejednej wojny duchowej. To wszystko oczywiście przysparza człowiekowi ogromnego bólu, jednak zawsze tli się nadzieja i wiara w to, że to wszystko jest po coś i najbardziej mi osobiście ta wiara pomaga w przetrwaniu. Jeszcze trudniejsze jest działać w jakimkolwiek kierunku w takim stanie, jednak czego nie może człowiek to Jezus może z łatwością i wiecie co? Wielokrotnie się też o tym przekonałem. Pamiętajcie – męska natura nie może upaść i sobie leżeć bo tak jest wygodnie. Nie! Upadłeś? Powstań. Nie możesz wstać? Wyciągnij rękę do Nieba. Tylko jest jeden konieczny warunek – musisz uwierzyć, że ta Ręka z Nieba do Ciebie też wyciągnie swoją pomoc. Sądzę, że cytaty, które wyżej umieściliśmy są trafione idealnie w sedno. Wiadomo – mężczyzna też człowiek i też potrzebuje wsparcia z Nieba.

Każdy człowiek upada, gdyż nie ma nikogo na tym świecie - oprócz Boga kto byłby idealny. Lecz nie sztuką jest upaść i się nie podnieść.  Sztuką jest wstać,  zostawić to co było i iść do przodu z głową podniesioną a nie spuszczoną. My - jako nieidealni ludzie również upadamy. Jesteśmy tylko grzesznikami.  Lecz wierzymy w Boże Miłosierdzie i w to, że pomimo wszystko Bóg nas bardzo kocha i pragnie naszego szczęścia. My pragniemy szczęścia własnego. Tak sobie żyjemy w 3 - Bóg, ja i mój wspaniały narzeczony czekając na jeden z ważniejszych dni w naszym życiu. On nie raz nam wybaczył i wybacza wciąż.  Nam i Tobie też. Jego miłość nie zna granic. Dlatego po każdym upadku - większym lub mniejszym trzeba wstać i pójść do spowiedzi. Zaczerpnąć z Jego miłości tyle ile się da. A potem z czystą kartką zacząć od nowa. Jak wspomniał mój wspaniały Narzeczony obecnie przeżywamy trudne chwile.  Dlatego gorąco Was prosimy o modlitwę w naszej intencji. Mamy nadzieję, że to wszystko minie i będzie tylko lepiej. Bo dobry Bóg jest w stanie pomóc każdemu - jeśli tylko ta osoba tego chce. Zatem cokolwiek by się w Waszym życiu nie działo w tym momencie prosimy Was o uśmiech, podniesienie głowy i myśleniu o tym, że idą lepsze dni, dni, które przygotował Pan : ) Bogu niech będą dzięki za Sakramenty! : )


Mamy nadzieję, że te słowa będą dla was w jakiejś części nadzieją na to, że nigdy nic nie jest stracone, że nie jesteśmy za życia skreśleni i że w Bogu zawsze jest nadzieja. Pamiętajmy zawsze o tym, żeby w pierwszej kolejności zwracać się do Niego z wszelkimi rzeczami, z którymi sami sobie rady dać nie możemy. Ufajcie Jemu bo cuda, które Bóg zsyła nam tutaj są naprawdę niesamowite i nie mogą objąć ludzkiego umysłu. Mimo to są i dzieją się naprawdę. Ufajcie Panu a przetrwacie wszystko to, co was trapi i zabiera wam chęci do dalszego życia. Tym pozytywnym akcentem kończymy dzisiejszy wpis. Życzymy wam błogosławionej niedzieli oraz nadchodzącego tygodnia! Pozdrawiamy w Chrystusie Panu!

sobota, 22 kwietnia 2017

O Nowennie i Triduum...

Wielki Post za nami, Triduum Paschalne za nami, Święta Zmartwychwstania siłą rzeczy też. Cóż… wypadałoby coś z tejże okazji napisać. Sądzimy, że każdy chrześcijanin powinien po świętach spojrzeć w tył i zadać sobie pytanie „Jak przeżyłam/em ten okres? Czy dobrze wykorzystałem ten czas? Czy faktycznie pościłam/em z miłości do Chrystusa i bliźniego?” i w zasadzie kilka innych podobnych. Chcielibyśmy w tym wpisie opowiedzieć wam o tym, w jaki sposób my przeżyliśmy okres Wielkiego Postu, Triduum oraz Niedzieli Zmartwychwstania dlatego, iż to dla nas był dość specyficzny czas.


Jak już pisaliśmy w jednym z naszych wpisów o Wielkim Poście, że w życiu każdego człowieka powinien nastać taki czas, w którym trzeba trochę zwolnić, czasem nawet się zatrzymać. Prawdę mówiąc – czasem boli nas fakt, że w Polsce, która uchodzi za kraj chrześcijański tak niewielu ludzi naprawdę poważnie podchodzi do tego okresu a zwłaszcza do Triduum czyli de facto najważniejszego okresu. Boli nas fakt, że w Wielki Piątek odbywają się masowe imprezy i że w Mc Donaldach kolejki wcale nie są mniejsze. My choć ze świadomością, że jesteśmy tylko nieidealnymi grzesznikami postanowiliśmy, że chcemy przeżyć ten czas najlepiej jak potrafimy. Czy było łatwo? Oczywiście, że nie. Gdyby było łatwo, to to zapewne byłby zmarnowany czas ;). Postanowiliśmy, że w czas Wielkiego Postu będziemy odmawiać razem Nowennę Pompejańską aż do końca świąt. Zaczynając od samej nowenny: Był to czas, który dał nam niesamowicie dużo spokoju ducha i dużo radości z tego, że razem możemy w tej samej intencji zwracać się do Pana, jednak było w nim też dużo trudu i ekstremalnie dużo zgryźliwości złego. Poprzednia nowenna, którą również razem odmawialiśmy też była trudna, jednak w tej ostatniej mamy wrażenie, że diabeł przeszedł samego siebie. Jednak oboje mamy świadomość tego i wiemy, że nie ma nikogo silniejszego od Boga i że kiedy razem trzymamy się Bożych wpływów to zły owszem, może namieszać, jednak nie ma takiej władzy, żeby cokolwiek zniszczyć bez naszego i Boga przyzwolenia. Kiedy teraz patrzymy wstecz to z całą pewnością jesteśmy w stanie stwierdzić, że decyzja o tym, żeby w taki sposób przeżyć ten okres była jedną z najlepszych naszych decyzji. 54 dni po 1,5 godziny dziennie to jednak dość spory czas poświęcony na modlitwę, ale zaręczamy wam – warto.

Okres Triduum Paschalnego również wykorzystaliśmy będąc obecnymi w kościele a w Wielki Czwartek również obok siebie. Wiecie jaka to radość? Uczestniczyć w Liturgii z kimś, kto jest bliski naszemu sercu? Owszem, wielka radość i wielkie szczęście :D Dwa kolejne dni spędziliśmy co prawda osobno ale tylko fizycznie osobno. Oboje uczestniczyliśmy w Liturgii oraz na Rezurekcji i również nie żałujemy, że spędziliśmy ten czas właśnie w taki sposób, bo sądzimy, że to był najlepiej wykorzystany czas w tymże okresie. W końcu za nas Chrystus oddał życie i zrobił to z miłości do nas, zatem dlaczego my nie mielibyśmy z miłości do Niego poświęcić Mu czasu? Cieszymy się oboje z tego, że dzięki Zmartwychwstaniu mogliśmy odnowić samych siebie, że mogliśmy na nowo wzbudzić w nas wiarę, nadzieję oraz miłość. Cieszymy się z tego, że przybliżając się do Chrystusa w ten czas, mogliśmy też zbliżyć się duchowo do samych siebie. Dużo radości również daje nam fakt, że możemy razem przeżywać takie okresy i wzajemnie wspierać się w naszej wierze.

Po męsku zaczynając… :D Od jakiegoś czasu znacznie mocniej przeżywam okres świąt Zmartwychwstania i bynajmniej nie piszę tu o czysto emocjonalnym przeżywaniu. Duchowo bardzo do mnie „trafia” ten okres, gdyż uświadamia mi najważniejsze za naszego ziemskiego życia rzeczy. Wiecie co? Nadal jestem też Panu Bogu wdzięczny, że postawił na mojej drodze właśnie Paulinkę. Wiecie dlaczego? Dlatego iż ponieważ bo, nigdy nie było w moim życiu osoby, która tak bardzo chciała przeżywać razem ze mną całą wiarę i jej poszczególne okresy jak m.in. ten, o którym właśnie piszemy. Co więcej – nie tylko razem przeżywać, ale też i wspierać i podtrzymywać w niej. Panowie – każdemu z was życzę takiego skarbu! Sądzę, że czas odmawiania Nowenny Pompejańskiej, który jak już wspomnieliśmy był trudny, jednak wiem, że dobrze przygotował mnie do tych świąt. Bardziej nauczyłem się ufać Bogu i dzięki tej modlitwie pomimo burz odczuwam w swoim sercu pokój i pewność, że Boża miłość czuwa nad nami, że jest nieskończona i że z niej właśnie oboje mamy czerpać źródło życia. Dosłownie – życia. Od razu tego nie idzie dostrzec, jednak wiem, że modlitwa ta uczy mnie cierpliwości w wersji męskiej, bo jak to się mawia – czasem nie wszystko widać na pierwszy rzut oka. W trzech najważniejszych przed świętami dniach żałuję tylko jednego. Mianowicie tego, że nie mogłem dwóch pozostałych spędzić u boku Paulinki, gdyż wiem, że było jej to potrzebne. Jednak jak wyżej napisaliśmy – Wielki Czwartek spędziliśmy razem i to było takie piękne rozpoczęcie tych trzech dni. Swoją drogą nie sądziłem, że człowiek może aż tak to wszystko przeżywać i brać na poważnie. Dopiero kiedy sam wszedłem w poważne relacje z Paulinką to dotarło do mnie jak bardzo jest to człowiekowi potrzebne. Sądzę, że większość ludzi, którzy opierają swoje życie przede wszystkim na wierze, wie o czym mówię. No a ci, którzy nie wiedzą – czy to w małżeństwie czy w jakiejkolwiek innej drodze – bez Boga nie ma życia. Wdzięczny jestem Bogu, że pokierował nami tak jak pokierował i pewny jestem jednego – Bóg nie da nam zginąć i wiem, że czuwa ciągle nad nami. Wiem, że Zmartwychwstały Chrystus ciągle nam błogosławi i że ciągle odnawia nasze serca, dusze i umysły po to, abyśmy przede wszystkim dla Niego i też dla siebie stawali się lepszymi ludźmi, abym ja stawał się mężczyzną takim, jakiego Bóg mnie zaprojektował, abym kochał Jego i Paulinkę tak, jak On przykazał. Resztę dopowie moja ukochana Paulinka : )

Dla mnie również okres Wielkiego Postu, Triduum oraz Święta to wielki, trudny a zarazem błogosławiony czas. Trudny, ponieważ tak jak wspomniał Patryczek mój kochany -  szatan bardzo mieszał oraz to pierwszy Post,  Triduum i Święta bez Babci. Bardzo mocno przeżyłam ten okres.  Były wzloty i upadki. Chwile radosne i smutne. Bywało różnie. Lecz wiem, że On był ze mną zawsze. Nowenna pompejańska w jeszcze większym stopniu zbliżyła mnie do Boga,  Maryi i mojego narzeczonego. Natomiast Święta przeżyłam bardzo mocno, żywą wiarą,  która jest wielkim darem. Podczas śpiewania: "Chwała na wysokości Bogu " i "Alleluja" byłam bardzo wzruszona tym, że On żyje Czułam Jego obecność i troskę. Diabeł bardzo skutecznie próbował mnie odciągnąć od radości ze Zmartwychwstania Jezusa, ale nie udało mu się : ). Cóż więcej dodać?  Chwała Panu za to, że otworzył nam bramy nieba i pozwolił się nam poznać i pokochać!  : ) Alleluja! <3


W skrócie rzecz ujmując – warto być przy Bogu zawsze i warto w pełni uczestniczyć i angażować się duchowo w okresy „nadzwyczajne”. Warto również zadać sobie nieco trudu i postawić tak jak my – na Nowennę Pompejańską bądź na cokolwiek innego, co pociągnie naszego ducha ku głębszej wierze lub też ku nawróceniu. Mamy nadzieję, że każdy z was również owocnie przeżył okres świąt Zmartwychwstania Pańskiego i że również zalewała i zalewa was z radość z faktu, że Chrystus Pan poświęcił życie za nas po to, abyśmy mogli żyć. Mało tego – On jest i żyje wśród nas. Jeszcze więcej – On chce, żebyśmy przychodzili do Niego niezależnie od tego jak się czujemy i co myślimy. Pamiętajcie, że Chrystus kocha nas również w swoim cierpieniu, które zadają mu ludzie, jednak jak On sam powiedział „Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale Moja miłość nie odstąpi od Ciebie!”. Tymże radosnym akcentem kończymy dzisiejszy wpis i życzymy wam błogosławionej niedzieli i nadchodzącego tygodnia. Pozdrawiamy w Chrystusie!

piątek, 14 kwietnia 2017

Droga przez śmierć do życia...

Droga… Każdy z nas ma do przejścia swoją. Dla jednych to małżeństwo, dla innych zawód maszynisty, dla kogoś innego po prostu etap w życiu. Jednak była i właściwie jest do dziś taka droga, która była przyczyną zmiany historii świata. Mianowicie – Droga Krzyżowa i jej chcielibyśmy poświęcić dzisiejszy wpis. Sądzimy (i Wy zapewne też), że jest to adekwatny czas na poruszenie tej kwestii. Być może komuś przyda się to i odniesie z tego duchowy pożytek : ). Po prawdzie, to każdy z nas w trakcie swego życia uczestniczy w swego rodzaju Drodze Krzyżowej.

Zaczynając od początków: Droga największej miłości jaka może tylko istnieć. Droga Kogoś, Kto z miłości przechodził przez tak ogromne męki. Droga jednego Człowieka do zbawienia każdego z nas. Wiemy, że na ludzki rozum to wszystko wydaje się aż niewiarygodne i nie do uwierzenia, jednak to realna rzeczywistość, która miała miejsce i jest celebrowana do dziś. Każdy z nas a przynajmniej większość zna jej przebieg, jej symbolikę oraz całe przesłanie. Chcielibyśmy użyć w tym momencie naszego słynnego przeniesienia człowiek -> Bóg. Przyglądając się poszczególnym stacjom niemal w każdej możemy dostrzec część życia człowieka tutaj na Ziemi. Jezus bierze Krzyż na Swoje ramiona… Ilu z nas dziś dźwiga swoje krzyże, które powierzone zostały nam od Boga. Często toczymy w sobie bunt, że po co mi to, czy nie można iść lekko? Ano nie można. Znacie takie słynne powiedzenie, że do Nieba prowadzą strome schody a do piekła szeroka autostrada? No to już znacie : ) W końcu Niebo na górze a piekło na dole, więc się zgadza : D.

Widać tutaj nic innego jak początki tejże ogromnej miłości do każdego z nas. My tutaj na Ziemi również bierzemy swój krzyż na nasze ramiona chociażby już w wierze czy też w postaci naszego powołania, gdyż prawdziwa miłość trudna jest, wymaga wyrzeczeń, poświęceń, czasem jest bolesna, czasem zadaje rany… Nam najbliżej jest do małżeństwa więc przytoczymy tą właśnie drogę. Każde małżeństwo, które chce przetrwać całe, nienaruszone i nieskruszone do końca swoich dni nie ma innego wyjścia jak tylko wejść na drogi Chrystusa a co za tym idzie – wziąć swój krzyż. Jak powiedział ktoś mądry: „To, co kochasz będzie Twoim krzyżem”. Jezus upada po raz pierwszy… Ile razy idziemy dokądś, potykamy się, upadamy i doświadczamy pierwszych ran i boleści. My jedni a twierdzimy, że tak nas bardzo boli. Owszem, boli tylko niech każdy z nas w swoich sercach wyobrazi sobie, ile bólu i cierpienia musiał doznać Chrystus, skoro wziął na Siebie grzechy całego świata. Koniec końców też był i jest człowiekiem. Szymon Cyrenejczyk pomaga nieść krzyż Jezusowi… prawdę mówiąc jest to stacja najbliższa i bardzo zrozumiała dla naszych serc, gdyż jest to takie jakby odwzorowanie naszej już wspólnej i też przyszłej drogi, którą powierzył nam Bóg do przebycia. Spotkaliśmy się na naszych drogach po to, żeby każde z nas wzięło ten krzyż razem i poniosło go razem do Chrystusa. Wiecie, ile to ulgi, kiedy zjawia się ktoś, kto mówi: „Pomogę Ci”. Tak zupełnie bezinteresownie, bez słowa po prostu, bez żądania zapłaty. Co prawda Szymon Cyrenejczyk został nieco przynaglony do pomocy, jednak efekt tego był taki, że Krzyż stał się lżejszy. Ile też razy wzajemnie siebie w tym niesieniu krzyża pocieszamy, tak jak Chrystus pocieszał płaczące niewiasty. Ile razy choć sami cierpimy, to widząc cierpienie bliskiej nam osoby dajemy z siebie tyle miłości, ile jesteśmy w stanie, nie zważając kompletnie na swoje cierpienie. Czasem nie możemy się nadziwić, że droga choć trudna, kręta, wyboista, i często niepewna to tyle jest w niej piękna… duchowego piękna.

Każdy z nas w tej miłości doświadczył również swoistego przybycia do krzyża. Nie tyle wierzymy, co wiemy wręcz, że każdy, kto kocha prawdziwie jest w stanie z własnej woli, bez protestu dać się przybić z miłości do tego krzyża, który niesiemy za życia i nieważne czy to przez karczemną awanturę czy też z zewnątrz od innych ludzi, którzy urągają nam z powodu naszej wiary. Jednak mając świadomość, że czynię to wszystko z miłości, to proceder choć morderczo bolesny to jednocześnie lekki i znośny, bo nic nie może być silniejsze od tej miłości, którą obdarza nas sam Bóg i nie ważne czy to bezpośrednio, czy też tak jak w naszym przypadku poprzez nas samych. Sami chociaż nie wiemy co czeka nas w przyszłości, to wiemy tyle, że przed nami jeszcze nie jeden i nie dwa upadki bez różnicy w jakiej postaci, przed nami jeszcze nie jedno obnażenie z szat przez tych, którzy wyśmiewczo traktują miłość Bożą, niejedno przybicie do krzyża przez nas samych, ale też niejedno pocieszenie, niejedno wyrzeczenie, niejeden gest pomocy w niesieniu tych trudów. Zobaczcie – człowiek umarł za ludzi, który jednocześnie jest też Bogiem i króluje do dziś. Wiecie co to oznacza, prawda? Owszem, w miłości jest też pokora i uniżenie i sądzimy, że te dwie cechy mogą dość dobrze skrótowo objąć wszystko to, co wyżej zawarliśmy. Uniżam się dla Ciebie, żeby Tobie było lżej. Przyznaję Tobie rację, choć nie zgadzam się w pełni. Rezygnuję z własnych przyjemności po to, żeby Tobie towarzyszyć i otaczać Cię troską i opieką. Jestem winien Ci wszystko, bo Cię kocham. Po raz kolejny odnosząc się do przeniesienia człowiek -> Bóg zobaczcie jak to wszystko jest logicznie powiązane. Chrystus, choć jest Bogiem to uniżył się przed nami do tego stopnia, że został przybity do Krzyża. My uniżamy się dla drugiej osoby do tego stopnia, że całkowicie wyrzekamy się wręcz siebie.

Dla mnie osobiście droga, którą rozeznałem i wybrałem jest jednym z głównych kluczy do zbawienia. Mam świadomość tego, że ciąży na mnie ogromna odpowiedzialność za Paulinkę i za siebie. Mam świadomość tego, że jeszcze nie raz upadnę i tym samym zawiodę Boga i ją. Mam świadomość, że czeka mnie dużo poświęcenia, bólu, wyrzeczeń i obumierania w sobie po to, żeby oddać Bogu chwałę i cześć i obdarzyć Paulinkę taką miłością, na jaką zasługuje. Czyli ogromną ; ). Choć idziemy tą drogą we dwoje, to jednak wiem, że z definicji mężczyzny powinienem większy ciężar tego krzyża przeciągnąć na swoje barki. Właściwie to bardzo słusznie, gdyż wiem, że do tego mnie Bóg uzdolnił, żebym kochał tak, jak On umiłował nas a co więcej – wiem też, że mogę w tej miłości do Niego i do Paulinki wzrastać i wzrastać. Jedna z ostatnich Dróg Krzyżowych, na którą wybraliśmy się wspólnie w Krakowie była tą, która dość mocno mnie uderzyła (w sposób pozytywny oczywiście) za co do dziś jestem Paulince wdzięczny, że tak bardzo chciała, żebyśmy tam poszli. Kiedy słuchałem rozważań do każdej stacji, kiedy wyobrażałem sobie to wszystko jak to wyglądało niespełna 2000 lat temu, kiedy uświadamiałem sobie powoli coraz bardziej z jakim ogromem miłości mamy do czynienia i w końcu – kiedy przenosiłem to wszystko na naszą relację… czegoś takiego dawno nie przeżyłem. Wielu zapewne powie, że „Jesteś mężczyzną i nie powinieneś ulegać emocjom”. No owszem, jestem, ale… czy emocje, które nie są skrajne i wypływają z działania Ducha Świętego są złe? Ano nie są : ). Sądzę, że czasem człowiekowi i tak – nawet mężczyźnie jest to zwyczajnie potrzebne, żeby poczuł na własnej duszy co to znaczy kochać. Prawdziwie kochać. Dla nas mężczyzn rola miłości opiera się głównie na działaniu, dlatego też tak wielkim wzorem i przykładem jest dla mnie Św. Józef, którzy kierując się miłością do Maryi przede wszystkim okazywał tą miłość w czynach. Tak jak i sam Chrystus. Czynem okazał nam największą miłość, jaką sobie tylko można wyobrazić. Umarł za nas po to, abyśmy mogli żyć. Właściwie teraz, kiedy to piszę to mam wrażenie, że w sercu uruchomiło mi się wszystko to, co z miłością jest związane : D i gdybym mógł, to opisałbym to wszystko w najdrobniejszych szczegółach. Drodzy panowie – sądzę, że szczególnie powinniśmy Chrystusowi dziękować za tą Drogę, poprzez którą On pokazał nam jak postępować powinien mężczyzna, bo powiedzmy sobie szczerze – dziś niewielu z nas jest zdolnych do takiego kochania z różnych powodów. Czy to ze strachu, z lenistwa, z niedowiarstwa itp. ale mimo wszystko – niezdolnych. Dziękować należy Jemu też przede wszystkim za to, że pokazał nam tym samym jak wielkiego poświęcenia dla człowieka dokonał i jak drogocenny jest każdy z nas dla Boga, niezależnie od tego kim się jest. Resztę dopowie moja wspaniała narzeczona : )

Niejedna droga krzyżowa za mną i niejedna przede mną. Przeszłam w swoim życiu też dwie Ekstremalne Drogi Krzyżowe. Jedną z Tarnowa do Kozienca, drugą z Krakowa do Kalwarii Zebrzydowskiej. W tym roku też chciałam pójść, lecz niestety ze względów zdrowotnych postanowiłam, że nie pójdę i ofiaruję niedosyt z tym związany Bogu.  W ubiegły piątek pojechałam do mojego narzeczonego na weekend. Uczestniczyliśmy najpierw we mszy świętej, która rozpoczynała Ekstremalną Drogę Krzyżową a następnie wyruszyliśmy w milczeniu ulicami miasta rozważając poszczególne stacje drogi krzyżowej.  Był to dla mnie szczególny czas. Padał delikatny deszczyk, słychać było uliczny ruch, ludzie mijali nas a my szliśmy przed siebie trzymając się za ręce. Była to jedna z naszych wspólnie przeżytych dróg krzyżowych. Bardzo mnie ona poruszyła. Czułam obecność Pana Jezusa a przed oczami miałam nie tylko poszczególne wydarzenia związane z drogą krzyżową, lecz też bolesne wydarzenia mojego życia. Jezus przyszedł i chciał mi pomóc nieść mój własny krzyż. A czy Ty w swoim życiu pozwolisz mu na to?  I czy poniesiesz wraz z Nim Jego krzyż? My - kobiety powinnyśmy być jak Weronika, Maryja i Szymon. Być jak Weronika, czyli otrzeć twarz Jezusa, być dla innych kimś kto wysłucha, przytuli, zainteresuje się losem drugiego człowieka. Powinnyśmy być jak Maryja, czyli w gotowości serca zawsze umieć być obok innych, obok swoich chłopaków / narzeczonych / mężów nawet jeśli oni nas ranią i zawodzą. I być jak Szymon, czyli iść razem z drugą osobą i nieść ten krzyż, który niesiony wspólnie jest lżejszy. Kochajmy Boga, innych i siebie. Wybaczajmy. Wspierajmy.  Bądźmy.  I pamiętajmy, że poprzez swoją delikatność, czułość i zrozumienie możemy sprawić, że ta droga krzyżowa przez życie będzie dla nas i naszych współtowarzyszy nie tylko drogą cierpienia, lecz także drogą wielkiej miłości. Wraz z Patryczkiem idąc tą drogą krzyżową w codziennym życiu niesiemy siebie wzajemnie ofiarując to wszystko Bogu. Nie jest łatwo, lecz mamy Boga i siebie, więc mamy wszystko. Za te piękne dary od Boga, za mojego cudownego narzeczonego, który jest wspaniałym mężczyzną, za krzyż i zmartwychwstanie Jezusa chwała Panu!


A Ty drogi czytelniku? W jaki sposób przechodzisz swoją drogę? Być może jest lekka bądź pełna cierpienia i bólu, pełna wysiłku, która powoduje niezliczone krople potu na czole. Każdy z nas przechodzi własną, indywidualną drogę, na której postawił nas Chrystus. Chcielibyśmy jednak, żeby w tym obecnym czasie każdy z nas skupił swój wzrok na tej najważniejszej Drodze, którą jak wyżej opisaliśmy – odbyła się niespełna 2000 lat temu a upamiętniana i naśladowana jest do dziś. Niech każdy z was skupi się choć na chwilę na chwilach, kiedy Chrystus przechodził ogromne męki i koniec końców – oddał życie za nas przez ukrzyżowanie. Życzmy każdemu z was, aby te święta nie były tylko dzieleniem się jajkiem oraz „celebrowaniem” tylko i wyłącznie śniadania wielkanocnego. Jak kiedyś napisał ktoś mądry: „Nie zbawi cię święconka, tylko Chrystus”. Życzymy wam, żebyście w jak najlepszy sposób przeżyli ten czas Zmartwychwstania Pańskiego, aby ta radosna nowina przeniknęła serca wasze i waszych rodzin i abyście nigdy o tym nie zapominali, dokąd i po co zmierzamy a przede wszystkim – dzięki Komu zmierzamy. Życzymy wam błogosławionych świąt oraz dobrze przeżytego czasu Wielkiego Piątku oraz Wielkiej Soboty! Tym samym kończymy dzisiejszy wpis i… do następnego przeczytania : )

niedziela, 9 kwietnia 2017

O tym, co rozdziera i scala...

Sinusoida faluje w górę i w dół… Fala wznosi się i opada… Wskazówki zegara raz na dole raz na górze… Szklanka raz pusta raz pełna… Spotkanie się zaczyna i kończy. Niby proste rzeczy, z pozoru tak oczywiste, że aż niezauważalne i niedoceniane. Jednak skupiając się na tej ostatniej kwestii, bo jej chcemy poświęcić dzisiejszy wpis, to kiedy spotkanie to przyozdobione jest miłością, szacunkiem i wszelkimi innymi dobrymi przyprawami, to cóż – kiedy spotkanie się zaczyna to wiadomo, radość, euforia zafascynowanie. Kiedy się zaś kończy… to również wiadomo – rozgoryczenie, żal, łzy, tęsknota i rozdarcie. Widzieliście kiedyś parę na dworcu, która żegnała się w taki sposób, że nie jeden z was pomyślał: „Kurdę… też bym tak chciał/a…”?

Zapewne wielu z was tego doświadczyło. Z jednej strony, kiedy rozstajemy się z kimś, kto jest nam bliski, kogo kochamy i dla kogo chcemy poświęcać swoje życie to towarzyszą nam uczucia wyżej wymienione i zapewne każdego to boli, jednak z drugiej strony patrząc… to poniekąd jest to dobry smutek, dobry żal, pożyteczne łzy i pożyteczne rozdarcie. Wiecie, dlaczego pożyteczne? Bo to jest oznaka tego, że kochamy, że ta druga osoba nie jest nam obojętna i że faktycznie mamy dla kogo żyć. W naszym narzeczeństwie ostatnimi czasy coraz częściej zdarzają się coraz boleśniejsze rozstania, zwłaszcza po np. wspólnym weekendzie. Jednego z takich doświadczyliśmy… właśnie dziś. Czasem mamy wrażenie, że nie jesteśmy ciałami tylko takimi magnesami, które jak się zbliżają do siebie, to oderwać się nie mogą : D. W zasadzie to odkąd tylko sięgamy pamięcią, to w każdym naszym spotkaniu cenimy sobie każdą chwilę, którą właśnie przeżywamy i niezależnie od tego czy jest to zwyczajne siedzenie obok siebie i milczenie, rozmowa czy też wspólny wyjazd, wspólne robienie zdjęć czy jedzenie. Każda chwila jest inna, każda chwila daje nam tyle radości, ile sami nie jesteśmy w stanie zmierzyć. Zawsze też zadziwia nas to, że tak umiemy to wszystko dostrzegać i wręcz wyciągać z tych chwil najmniejsze szczegóły do omówienia ich później, każde najmniejsze wydarzenie moglibyśmy przeżywać dosłownie w nieskończoność.

Często mamy też poczucie tego, że niezależnie od tego czy spotykamy się na 8 godzin czy na 3 dni, to do powiedzenia drugiej stronie zostało 163 razy tyle, ile sobie powiedzieliśmy. W skrócie – niedosyt. Jednak jest to pozytywny niedosyt. Mamy takie przekonanie, że to świadczy o tym, że zwyczajnie się ze sobą nie nudzimy, zawsze znajdziemy pomysł na konkretną chwilę czy to obecną czy też przyszłą. No i koniec końców… końców… No właśnie… Kiedy przyszło do początku spotkania, musi też i przyjść do końca spotkania. Jak już wyżej nieco steoretyzowaliśmy – każdy koniec dość mocno oboje przeżywamy. Dzisiejsze rozstanie było chyba najboleśniejszym, co „zainspirowało” nas do tego, żeby coś nie coś o tym napisać. Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Sądzimy, że odpowiednim fragmentem kwitującym całokształt tęsknoty i rozstań jest „Wszystko mogę w Tym, Który mnie umacnia”. Dosłownie wszystko. Możemy z Chrystusem radować się wspólnymi chwilami i też prosić Go o pocieszenie, kiedy się rozstajemy. Mówi się, że Bóg nawet z najgorszych ruin potrafi wybudować jeszcze piękniejsze dobro i w tymże konkretnym przypadku tym dobrem może być np. fakt, że przez to cierpienie oboje zbliżamy się do Boga jak i budowanie, pogłębianie i umacnianie relacji między nami.

Po mojej męskiej stronie rozstania i tęsknoty mają dwojaką postać. Z jednej strony ciężko jest mi się rozstawać z Paulinką, gdyż kiedy widzę w jej oczach szczęście i radość, które płyną z naszej obecności to mam coraz większe pragnienie tego, żeby dawać jej to poczucie radości i szczęścia coraz dłużej i dłużej a nie mogę. Z drugiej jednak strony siłą pocieszającą jest to, że ona po prostu jest. W innym miejscu na Ziemi, ale jest. Po raz kolejny męska logika zdaje swój egzamin i zazwyczaj pomaga, jednak dnia dzisiejszego prawdę mówiąc… na niewiele się zdała. Trochę sam siebie zszokowałem tą reakcją, bo jak nigdy nie płakałem albo jak już zbierało mi się na płacz to umiałem to opanować, jednak dziś mi się to nie udało i trochę łez popłynęło… (A mówią, że chłopaki nie płaczą : D) Dawniej, kiedy patrzyłem na pary np. na dworcach kolejowych podczas ich pożegnań i kiedy widziałem ich reakcję, to nie rozumiałem ich totalnie. Skąd płacz? Umierają już? Przecież się pewnie zobaczą? Jednak dziś doskonale ich rozumiem, bo sam znam to odczucie. Jednak osobiście każde takie przetrwane rozstanie daje mi swego rodzaju poczucie tego i uświadamiam sobie nieustannie, żeby doceniać każdą wspólnie spędzoną chwilę i radować się z każdego spotkania. Skoro Paulinkę zesłał mi sam Bóg, to właśnie też po to, żeby cieszyć się z tego, że mogę dla niej istnieć i wtedy, kiedy jesteśmy razem jak i też wtedy, kiedy jesteśmy od siebie oddaleni. Od razu też nie idzie tego dostrzec, jednak po pewnym czasie widzę doskonale, że to też w jakiś sposób umacnia więź między nami. Wiecie jaka to bomba dla głowy, kiedy człowiek cieszy się wspólnie z dosłownie najmniejszej pierdoły? : D Kilka takich bomb skutecznie wbija człowiekowi do głowy, że ma obok siebie nie byle kogo a skarb, o którego należy dbać, chuchać, dmuchać, polerować i pielęgnować. Sądzę do dziś dnia, że Bóg wiedział i wie nadal co robi, że jest tak a nie inaczej. Nie powiem, czasem budzi się we mnie swego rodzaju żal czy też bunt, że jest właśnie tak, jednak kiedy uruchamiam swoje zaufanie do Boga, dostrzegam, jak nas prowadzi i że tyle już się wydarzyło a my pozostajemy nietknięci duchowo, to cała fala buntu momentalnie opada. Czasem jednak też przychodzą takie dni, że są przepełnione wręcz tą tęsknotą. Jednak wiem też, że i przez to Bóg uczy mnie stateczności, wytrwałości i opanowania. No a łzy? Nie nazwałbym tego upadkiem, bo mam świadomość, że jestem tylko człowiekiem no i tez nic drastycznego to nie powoduje, aczkolwiek jestem zdania, że i przez takie coś człowiek nawet ten niezłomny musi doświadczyć tego „upadku”, łez i poczucia rozkruszenia, bo jak to się mówi: „Jak jest tylko dobrze, to jest niedobrze”. Tymczasem oddaję głos mojej Paulince.

Rozstania to trudny i bolesny temat, który niejednokrotnie przyprawia mnie o smutek i łzy. Ciężko po wspólnie spędzonym czasie powrócić do rzeczywistości, która nie jest łatwa.  Jednakże tak jak wspomniał Patryczek - jest też druga strona medalu. Poprzez naszą odległość uczymy się tęsknić, kochać, czekać cierpliwie i być - nawet pomimo tylu kilometrów. Uczymy się też ze sobą rozmawiać. W zasadzie to moglibyśmy ze sobą rozmawiać bez przerwy. Bóg daje nam wielką łaskę poprzez to, że pozwala tak tęsknić za sobą i tak się kochać. Tęsknota niejednokrotnie przyprawia o smutek, ból głowy i poczucie pustki, ale jest potrzebna. Ktoś kiedyś powiedział, że powinno się żyć tak, żeby kochać drugą osobę tuż po Bogu i równocześnie umieć na co dzień bez niej żyć. To bardzo trudne, lecz myślę, że jest to każdemu potrzebne. Bóg nam bardzo błogosławi. Otworzył mi oczy na wiele spraw, dużo uświadomił. Sprawił, że potrafię zaakceptować siebie w większym stopniu. Pokazał mi, że Patryś to naprawdę wspaniały mężczyzna. Myślę, że nie dostrzegałabym tego tak bardzo, gdyby nie odległość.  Dlaczego?  Otóż z prostego powodu.  Dzięki odległości nie możemy się spotykać częściej niż raz w tygodniu. Czas pomiędzy spotkaniami owocuje właśnie tym co napisałam powyżej. Myślę, że gdybyśmy spotykali się częściej tego czasu byłoby mniej a co za tym idzie nie byłoby tylu owocnych przemyśleń. Jestem wrażliwą osobą i ciężko mi jest podczas rozstania a zwłaszcza tego po wspólnym weekendzie, lecz wierzę w to, że Ten, który pokonał śmierci wrota da zarówno mi jak i mojemu narzeczonemu siłę do tego, żeby pokonywać trudności życia na odległość. W zasadzie to jedno z moich głównych pocieszeń jest takie, że z każdym tygodniem zbliżamy się do dnia naszego ślubu a co za tym idzie - będziemy razem na co dzień, na dobre i na złe, pomimo wszystko. : ) Za to wszystko,  za tyle łaski Bożej i za Jego idealną miłość, na której my budujemy swoją nieidealną Chwała Panu!!! : )


Jak to się mówi – wszystko ma swoje wady i zalety. Jednak uważamy, że najważniejsze jest to, żeby wyolbrzymiać zalety a pomniejszać wady. Czy zawsze się to udaje? Czasem tak, czasem nie. Jednak jak już wyżej napisaliśmy – z Bogiem da się przetrwać wszystko. Nawet te najgorsze z pozoru nie do przetrwania chwile. Niemniej jednak wiemy, że mamy siebie gdziekolwiek byśmy nie byli i każde chwile tęsknoty i pożegnań są dla nas kolejnym powodem do okazywania sobie miłości i pokładania nadziei i zaufania w Bogu. Bo któż jak nie On… : ) Tym pozytywnym akcentem kończymy dzisiejszy wpis i życzymy wam drodzy czytelnicy błogosławionego nadchodzącego Wielkiego Tygodnia! 

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

O miłości... dla miłości...

O miłości… z miłości… dla miłości… No i powstała trójca : ) Dzisiejszy wpis (lekko spóźniony, ale to taki mały szczegół : D) poświęcony będzie w zasadzie cały dla miłości. Dla tej miłości najwyższej, która opiekuje się nami wprost z Nieba. Ile warty byłby ten świat, gdyby nie miłość? Co miałoby sens bez miłości? Odpowiedzi każdy zna. Jak spisano w Księdze Rodzaju: „Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył”. Jak każdy z nas wie – Bóg jest miłością. Zostając stworzonym na Jego obraz i podobieństwo… powstaliśmy z miłości i jesteśmy miłością. Dla miłości jest dane nam żyć i w miłości mamy umierać. Czaicie ogrom? Jednak to dopiero początek i przedsmak całego ogromu kwestii. Oczekujemy, jak każdy z was wie na święto Zmartwychwstania Pańskiego, które wprowadza nas właśnie w całokształt Bożej miłości i miłosierdzia.

Pomyślcie – jak to jest kochać do takiego szaleństwa, żeby oddać za kogoś życie… W końcu „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”. Wydarzenie, które świętować będziemy za kilkanaście dni tylko potwierdza to, że można tak kochać. Chrystus, który jednocześnie był Bogiem i człowiekiem, lwem i barankiem, siłą i pokorą jest przyczyną tego, że teraz możemy to pisać, przyczyną tego, że możemy chodzić po tej planecie, przyczyną tego, że możemy się wzajemnie kochać i uświęcać. Tak jak Ty i ktoś obok Ciebie. Tak jak każdy inny człowiek i choć wielu z nas często tego totalnie nie dostrzega lub co gorsza – kompletnie odrzuca to to jest rzeczywistość, która istnieje naprawdę. Istnieje i woła nas, żebyśmy z Niej czerpali życie. No właśnie… Skoro jesteśmy przy odrzuceniach. Niewielu z nas sobie zdaje sprawę, że odrzuciło Boga i Jego miłosierdzie. Niewielu też zdaje sobie sprawę z tego, ile ran zadają Chrystusowi przez to. To tak samo, kiedy jest sobie szczęśliwa para i nagle jedna ze stron stwierdza: „Nie chcę Cię już. Odejdź ode mnie”. Zapewne nie jeden z nas już przeżył takie wydarzenie i sami dobrze wiemy, ile takie coś zadaje człowiekowi bólu i cierpienia. Zajrzyjmy jednak do Listu Św. Pawła do Koryntian, który mówi:

Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje.

Ile razy zranimy Chrystusa, tyle razy On będzie cierpliwie na nas czekał. Ile razy poprosimy Go szczerze o przebaczenie, tyle razy je otrzymamy. Ile razy przychodzimy skruszeni, tyle razy zapomniane są nam wszelkie winy. Jak długo będziemy odrzucać Boga, Bóg to wszystko zniesie. Ile razy poprosimy Go o łaski, tyle razy je dostaniemy (jeżeli są zgodne z Jego wolą oczywiście). Bo jest miłością idealną. Zobaczcie jak łatwo można odnieść to wszystko do człowieka tutaj na ziemi. Nasze serca zostały przez Pana stworzone do kochania i nie trzeba nawet jakoś szczególnie się nad tym zastanawiać, czy to jest prawda, bo każdy z nas niemal samoczynnie z biegiem czasu pragnie po prostu kochać. Czasem nie możemy się nadziwić, że to wszystko Bóg tak idealnie stworzył, poskładał i poukładał. Często też kwestie Bożej miłości i miłosierdzia odnosimy do naszego narzeczeństwa.

Sam fakt, że Pan postawił nas na naszych drogach, że pozwolił nam pokochać się, że pozwala nam się spotykać, rozwijać i pielęgnować naszą miłość, że każdego z nas stworzył w taki sposób, że tak nas dopasował do siebie i wiedział, że właśnie nas ma postawić na naszych drogach jest dla nas dowodem na to, z jaką miłością Pan nas traktuje jako parę i każdego z nas osobno. Ile razy otrzymujemy od Niego pomoc, ile razy otrzymujemy przebaczenie, tyle razy mamy namacalny dowód na to, że to jest sens nad sensem. Sami również chcemy czynnie uczestniczyć w pełnieniu Bożej miłości. W końcu do tego oboje zostaliśmy powołani i wiemy, że Bóg nam będzie w tej posłudze błogosławił.

Po mojej męskiej stronie Boża miłość przybiera kształty… no cóż – typowo męskie : ) Od dłuższego czasu wyraźnie odczuwam, jak Bóg uczy mnie dojrzałości, kochania Jego i Paulinki, stateczności i stanowczości. Wiem też, że Bóg czyni to wszystko w moim życiu na takie sposoby, które są dla mnie zwyczajnie dobre i przynoszące najlepsze rezultaty. Czasem są to metody cierpkie i gorzkie, jednak wiem, że bardzo skuteczne. Przekonałem się o tym już nie raz na własnej skórze. Ze wszystkich wydarzeń, które miały miejsce dzięki Bożej interwencji najbardziej w moje męskie serducho trafiła wrześniowa Spowiedź oraz fakt, że Pan posłał mi Paulinkę. Do tamtego dnia, kiedy z marszu wszedłem do konfesjonału i powiedziałem wszystko, co ciążyło na moim sercu, kiedy ot tak po prostu dostąpiłem przebaczenia, podczas kiedy wcześniej myślałem, że już wszystko jest stracone, to tak naprawdę od tej pory dopiero zaczęło się we mnie toczyć prawdziwe życie. Wiecie, Bóg zna mnie lepiej niż ja sam siebie. Od zawsze wiedziałem, że jestem powołany przede wszystkim do zbawienia – tak jak każdy z nas, jednak żyjąc w pojedynkę bardzo ciężko było mi się utrzymać na Bożych ścieżkach. Jednak kiedy Paulinka pojawiła się w moim życiu, to wierzcie mi – ciągle mam wrażenie, że to jest właśnie kobieta, której brakowało mi… całe życie : ) Nie opuszcza mnie przekonanie, że właśnie ona jest przyczyną tego, że teraz mogę w pełni żyć duchowo i co więcej – ją samą w tym wspierać i prowadzić ku Chrystusowi. To jest jedna z tych kwestii, którą Bóg mi wyraźnie pokazał podczas modlitw. I pomyśleć, że dzięki niej jestem w stanie trwać przy źródle miłości – czyli przy Bogu, mogę czerpać z tego źródła wszelkie łaski i błogosławieństwa potrzebne do tego, żeby kochać Paulinkę i czynić również dobro dla innych… Nie wiem jak wy, ale ja nie zamieniłbym Bożej miłości na żadne pieniądze, rzecz ani stanowisko. Z pozoru miłość pokorna, cicha, niepozorna a jakie przynosi owoce… Do dziś mnie to zdumiewa i ciągle nie mogę wyjść z podziwu jak człowiek może zmienić się na lepsze, jak bardzo może dostrzec w tym świecie piękno dzięki środkom, które Bóg wykorzystuje indywidualnie w życiu każdego człowieka. Również sam fakt, że potrafię kochać jest dla mnie dowodem na to, że to wszystko jest mi dane od Pana. Gdyby ktoś zapytał mnie teraz, dlaczego kocham moją Paulinkę… Nie wiedziałbym prawdę mówiąc co odpowiedzieć. Po prostu kocham : ) Tak za nic, nie oczekując niczego i ciesząc się wtedy, kiedy widzę szczęście i radość w jej oczach. Wiecie… kiedy w takich chwilach dociera do mnie, że uszczęśliwiając ją, uszczęśliwiam tym samym Boga i Jemu odwdzięczam się na tyle, ile mogę, to cóż… radości i poczucia spełnienia nie ma końca. Mam oczywiście świadomość tego, że moja miłość i do Boga i do niej nie jest idealna, że ciągle się jej uczę na powodzeniach i niepowodzeniach, na radościach i smutkach, na pagórkach i dolinach… że uczę się jej tak naprawdę nieustannie i uczyć się jej będziemy oboje do końca życia. Takie właśnie dla mnie jest Boże miłosierdzie. Miłosierdzie, które ma wymiar tak naprawdę wszędzie. We mnie, w niej, w świecie, ale przede wszystkim w Bogu. W Bogu przebaczającym, w Bogu zsyłającym łaski i w Bogu błogosławiącym. Tymczasem oddaję głos Paulince.

Miłosierdzia Bożego doznajemy zwłaszcza w Sakramencie Pokuty. Nieraz zdumiewa mnie to, że Bóg jest taki hojny, dobry i wspaniały. Bądźcie miłosierni - czyli wybaczajcie, kochajcie i bądźcie dobrzy.
Czasem ciężko jest być miłosiernym, ale nasze miłosierdzie w porównaniu do miłosierdzia Bożego jest małą kroplą w morzu. W naszym związku też jest obecne miłosierdzie, oboje uczymy się go w codzienności, która pomimo różnych burz jest piękna. Miłosierdzie jest również obecne w drodze krzyżowej, którą sami pokonujemy w ciągu naszego życia. Droga ta jest idealnym odzwierciedleniem naszego stanu duchowego.  Podnosimy się, upadamy, znowu podnosimy...Tak jak Jezus. Różnica jest w tym, że Jezus dźwigał ciężar naszych grzechów, a my dźwigamy swoje. Lecz w tej drodze krzyżowej łatwiej iść razem.  W drodze miłosierdzia. Nie znamy przyszłości, lecz chcemy iść tą drogą razem po to by razem prowadzić siebie i innych poprzez miłosierdzie do zbawienia. Jest to trudne, lecz nikt nie obiecywał nam, że będzie łatwo. Bóg jest naszym przykładem miłosierdzia i z Niego chcemy brać przykład. Cóż byłoby warte nasze życie, gdyby nie było w nim Bożego i naszego miłosierdzia? Za ten piękny dar chwała Panu!

Miłosierdzie jak każdy z was widzi różne ma wymiary, dla każdego jest czymś innym, każdy przeżywa je na sposób, który jest mu najbliższy. Nie zmienia to jednak faktu, iż jest ono zapisane każdemu z nas. Nie ma takiej osoby, której Boża miłość by nie dosięgła. Zapytać ktoś może: „Jak to? Przecież tyle złych ludzi jest na świecie i tyle cierpienia!”. Owszem, ale… człowiek sam z siebie nie jest zły ani nie urodził się zły. Każdy ma prawo wyboru – albo tą miłość przyjmuje, żyje nią i oddaje chwałę albo odrzuca i staje się człowiekiem nieszczęśliwym. Co wybierzesz Ty? Decyzja należy do Ciebie. Jednak zachęcamy każdego z was do trwania w tej niezwykłej miłości, bo jak wyżej napisaliśmy – co miałoby bez niej sens? No właśnie. Odpowiedź pozostaje jasna : ) Tym akcentem kończymy dzisiejszy wpis i każdemu z was życzymy błogosławionego tygodnia i… jak najwięcej miłosierdzia.


Pragniemy również poinformować, iż w najbliższy piątek wyrusza Ekstremalna Droga Krzyżowa. Więcej informacji znajdziecie pod adresem http://www.edk.org.pl